niedziela, 26 lutego 2017

Ważka. Małgorzata Rogala [Izabelka]

TYTUŁ:  Ważka
AUTOR: Małgorzata Rogala
WYDAWNICTWO: Czwarta Strona
GATUNEK: kryminał

Zdjęcie autorskie Izabelka


Z książkami pani Rogali mam problem. A zaznaczę, że przeczytałam wszystkie książki tej autorki. Cykl Górka&Tomczyk bardzo mi przypadł do gustu. Podczas lektury "Dobrej matki" jak i tej książki męczyło mnie pytanie: czy te pozycje to kryminały z rozbudowaną warstwą obyczajową czy książki obyczajowe z rozbudowanym wątkiem kryminalnym? Bo obie kategorie są, według mnie, ważne. Nie powinno się ich rozgraniczać. I istotna jest kolejność czytania, jak to w cyklu: "Zapłata", "Dobra matka" i Ważka".

Agata Górska wraca do zdrowia po dramatycznych wydarzeniach. Wciąż nie może się pogodzić ze śmiercią Leny Dobosz. I ta broszka w kształcie ważki, o której przed śmiercią mówiła Lena nie daje jej spokoju.
Agata chce znaleźć mordercę przyjaciółki.
Sławek Tomczyk zostaje wezwany na miejsce zbrodni. Został zamordowany dziennikarz internetowej gazety słynący z braku etyki zawodowej. Wielu osobom zaszkodził swoimi tekstami i wielu się naraził. Krąg podejrzanych coraz bardziej się powiększa, gdy policjanci zaczynają przyglądać się sprawie.

Czy te dwie sprawy mają ze sobą coś wspólnego? Co może łączyć dziennikarza i zmarłą Dobosz? Czy broszka ma coś wspólnego z tymi zgonami?

Przy pisaniu o kryminałach mam problem. Bo trudno jest napisać tak, aby nie zdradzić istotnych wątków fabuły i zachęcić potencjalnego czytelnika. Skupię więc na warstwie obyczajowej. Bo w warstwie kryminalnej jest tak: są trupy, jest śledztwo, mnóstwo tropów, kilku podejrzanych i zaskakujące zakończenie. Jak zwykle, nie zgadłam kto jest mordercą. Dobrze to wszystko pokazane. Autorka świetnie prowadzi fabułę, kluczy w wątkach, podsuwa pomysły i to po to, aby na sam koniec zrobić czytelnika "w konia". Ta warstwa kryminalna bardzo mnie wciągnęła i zaciekawiła.

Na poziomie obyczajowym zastanowiły mnie dwa tematy: czy dziennikarze mają jeszcze jakiś kodeks etyczny czy tylko kasa się liczy?  A czy słyszeliście o nekro-biżuterii?

Zamordowany dziennikarz, Daniel Woźnicki, jest przykładem człowieka pozbawionego skrupułów. Nastawiony na sukces, pisze artykuły w swojej gazecie bez żadnych zahamowań i na granicy prawa. Potrafi ludziom zaszkodzić. Ale nic go to nie obchodzi. Nie ma żadnego kodeksu moralnego. Traktuje ludzi przedmiotowo, a czyjaś tragedia jest tylko kolejnym tematem.
Ja, przynajmniej, oczekuję od dziennikarzy obiektywizmu i rzetelności. W każdym z mediów. Ale, gdy czasami oglądam tv, a zdarza się to rzadko, to mam wrażenie że te wartości nie są ważne. Ważna jest oglądalność i kasa. Wystarczy obejrzeć wieczorne programy informacyjne na kilku kanałach. Jedno wydarzenie, a przedstawione w każdej stacji w inny sposób. Polecam taki eksperyment: obejrzeć jednego dnia kilka programów informacyjnych i porównać.
Kto słyszał o nekro-biżuterii? Albo nekrobiżuteii? W sumie to nie wiem jak napisać, bo spotkałam się z obiema formami zapisu. Nekrobiżuteria to biżuteria wykonana ze szczątków zmarłych. Brrrr... Współczesna technologia pozwala na przerobienie szczątków na przykład na diament. A diamentu można użyć do produkcji pierścionka lub kolczyków. Jak dla mnie okropność! Nie wyobrażam sobie nosić takich ozdób.
I z tymi tematami zostawiła mnie autorka.
Pozostawiam do przemyślenia.

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Świetna okładka!

Polecam szczerze!


Zdjęcie autorskie Izabelka. Zdjecie pod tytułem: Czytam z kotem. 

Ćmy. Konrad Kissin [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Ćmy
AUTOR: Konrad Kissin
WYDAWNICTWO: Novae Res
GATUNEK: Powieść obyczajowa
EGZEMPLARZ RECENZENCKI dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik


200 stron. 6 opowiadań. Pierwsze z nich Ćma barowa przeczytałam dwukrotnie. Pierwszą stronę tegoż opowiadania przeczytałam 4 razy. Nie dlatego, że poruszyło me wnętrze, wzruszyło, czy zaintrygowało. Ja po prostu nie potrafię wydobyć sensu z tego zlepku wyrazów...

W opowiadaniu Ćma barowa narrator opisuje problem alkoholizmu. Główną uwagę w opowieści poświęca swojemu wujkowi, który swego czasu był szanowanym, zacnym człowiekiem, a teraz pozostały już tylko zgliszcza dawnego człowieczeństwa. Prócz głównego zarysu fabuły nie jestem w stanie wypowiedzieć się precyzyjniej. Jak sam Autor pisze, w trakcie czytania tego opowiadania byłam...

jak ktoś próbujący sobie przypomnieć drogę, coś wyrozumieć z rozlewającej się wszędy kupy, chaosu...

Zofia, bohaterka Psychotki to nauczycielka języka polskiego w łódzkim liceum. Samotna, zagubiona, uciekająca w świat wykreowany przez alkohol. Wyalienowanie, z pewnością nie majce podłoża w dzieciństwie, bo żadnej traumy w młodości Zofia nie przeżyła, sprawia, że w alkoholu próbuje odnaleźć ukojenie... i towarzystwo.
Zacytuje Autora, bo, o ile opowieść jest dość zrozumiała, to
Nie, nie szukam sensu w tej historii, już nie... 

Czytanie Utopca była przyjemnością, jak sam Autor zgrabnie to ujął w słowa, na wskroś masochistyczną.
Narrator odbywa rekonwalescencję w otoczeniu natury. Pewnego dnia odwiedzają go znajomi i zabierają na wycieczkę nad jezioro. Podczas tej wycieczki natrafiają na topielca. 
To opowiadanie jest co prawda bardziej spójne, ale także nie widzę w nim sensu. Jakby wyrazy zestawiono ze sobą przypadkowo. Możliwe, że tkwi w nim głębia i przekaz. Ja niestety ich nie odnalazłam.

Diana. O psie który bał się jeździć koleją to ciepła opowieść o szczeniaczku, który miał być psem a okazał się suką. Jak każdy przedstawiciel tego czworonożnego gatunku nie lubiła petard i niekoniecznie jak każdy: nie lubi podróżować. Enfante terrible to "wiejskie opowiadanie" o wiejskim, chorowitym chłopcu. A całość zamyka opowiadanie Kukułka.

Lubię wymagające lektury, które czyta się niespiesznie i ich działanie na psychikę czytającego można określić mianem terapeutycznego. Cenie pozycje powalniające pęd życia i inicjujące zadumę. Jednak zbiór niniejszych opowiadań wprawił mnie li tylko w stan rozdrażnienia. Wszak czytanie po trzy razy jednego zdania w celu wybycia z niego sensu nie należy do przyjemnych. Owszem, w końcu się udaje, ale czy na dłuższą metę takie roztrząsanie każdego zdania, każdego wyrazu nie jest męczące? Dla mnie było.

Zdanie:

bo jednak pomimo zewnętrznych oznak nie była to kobieta mocno osadzona w sobie, ba, przeciwnie, niezwykle labilna pod względem emocjonalnym, wszak typ jej osobowości, dający się wpisać w szerokie autystyczne spektrum, kwalifikował ja do leczenia psychiatrycznego (któremu notabene się poddała)

Albo:

Zosia wyobrażała sobie, ze w swoim nauczaniu uda jej się osiągnąć kompromis miedzy wymogami edukacyjnych kanonów a kontestacyjna chęcią natarcia na schematyzm przedstawień.

I:

jestem wprawdzie do aspektów informacyjnych anegdoty niezwykle sceptycznie nastawiony, a jednak swoimi czynami przeczę refleksji: opowiadając o kimś, opowiadam zawsze anegdoty, nic więcej.

...da się zrozumieć, ale zdania wielokrotnie złożone z nadmierną ilością zdań podrzędnych oraz mnogość dość trudnych słów sprawia, że książkę czyta się po prostu nieprzyjemnie.

Wspólnym mianownikiem wszystkich opowiadań jest ucieczka od rzeczywistości, od bólu, od trosk.. Nie znam Autora, ale na podstawie stylu, sposobu wypowiedzi mogę domyślać się, że jest to niezwykle inteligentny człowiek, z bogatym zasobem słownictwa i rozbudowanym warsztatem literackim. Jednak styl, w jakim zostały napisane opowiadania zupełnie do nie nie przemawia. Zbyt wiele zawiłości, niedopowiedzeń i zagmatwania. Zapewne był to zabieg celowy. Przypuszczam, że Ćmy znajdą swoich zwolenników. Jednak ja nadal pozostaję skołowana, z mętlikiem w głowie i brakiem odpowiedzi na pytanie "o czym był ten zbiór opowiadań i jaką refleksję pozostawił?"

Trąf, trąf, misia bela. Dagmara Andryka. [Izabelka]

TYTUŁTrąf, trąf, misia bela.
AUTOR: Dagmara Andryka
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka
GATUNEK: kryminał

Zdjęcie autorskie Izabelka



Oto i ona! Kolejna część cyklu z  Martą Witecką w roli głównej. Doczekałam się wreszcie.
Ponieważ "Tysiąc" jest debiutem autorki, który mnie się bardzo spodobał, to miałam obiekcje czy kontynuacja będzie równie dobra. Bo to różnie w życiu bywa...
Ale całkiem niepotrzebnie się zastanawiałam. Świetna jest! I postaram się Was do niej zachęcić.

Sprawa klątwy w miasteczku Mille opisana przez Witecką przynosi  jej sławę. Książka odnosi sukces. Na jednym ze spotkań autorskich pewna nieznajoma kobieta prosi ją, aby zajęła się tajemniczą sprawą. Giną znane jej osoby. Marta nie bardzo chce uwierzyć w opowieść. Ale kiedy ginie kolejna osoba, a kobieta nie odpuszcza i dalej prosi Martę o pomoc, Witecka postanawia przyjrzeć się sprawie. Zdesperowana kobieta opowiada historię sprzed trzydziestu lat o obozie sportowym w Trzciance. Grupa siedmiu sportowców zawiązała wtedy elitarne bractwo. A teraz zginął trener i jeden z członków. Anna Kleynocka, nasza nieznajoma, twierdzi, że spełnia  się przepowiednia wedle której będą ginąć kolejni członkowie tajemniczej grupy według określonego klucza. Jakiego? Sami musicie doczytać.

Czy wróżba się spełni? Czy zginą kolejni ludzie? Czy Marta rozwiąże zagadkę? Czy to kolejna klątwa czy jakiś sprytny zabójca wykorzystuje wydarzenia z przeszłości? Mnóstwo pytań i niewiele odpowiedzi.

Książka napisana jest w taki sposób, który powoduje, że ciężko oderwać się od czytania. Autorka podsuwa różne tropy, ujawnia nieznane fakty i kończy rozdział w najbardziej emocjonującym momencie. I to powoduje, że chce się czytać dalej i dalej. Bohaterowie są świetnie zarysowani, każdy z nich to indywiduum ze skrywanymi tajemnicami. Wątki osobiste poszczególnych członków bractwa bardzo mnie zaciekawiły. Andryce udało się mnie zainteresować lub choćby zmusić do zastanowienia się nad kilkoma sprawami. Porusza wiele problemów społecznych, choć może nie zawsze wprost. Przemoc wśród nastolatków, alkoholizm, homoseksualizm, znęcanie się psychiczne i fizyczne w rodzinie. I wiele innych.
Pomimo, że tajemnicza historia ma miejsce ponad trzydzieści lat temu życiorysy bohaterów przeplatają się. Każdego z nich los toczy się inaczej. Autorka ujawnia te powiązania pomału i fragmentarycznie. Z każdą przeczytaną kartką dowiadujemy się o innych powiązaniach i zależnościach. I to wszystko może prowadzić do rozwiązania przyczyny zagadkowych zgonów.

Pani Dagmara, jak się dowiedziałam z okładki książki, jest moją rówieśnicą. Dlatego pewnie pamięta obozy i inne wyjazdy młodzieżowe w latach osiemdziesiątych XX wieku. Rozbudziła we mnie wspomnienia. Mnie też w tamtych czasach nosiło po całej Polsce. Bo wtedy działał sprawnie i częściowo finansował takie wyjazdy Zakładowy Fundusz Świadczeń Pracowniczych. To się jeździło...
Pamiętam namioty, ogniska, zachody słońca nad jeziorem i pierwsze miłości. I, wspomniana przez autorkę, muzyka z KASET. Aż poszukałam do zdjęcia. Ciekawe czy ktoś jeszcze je pamięta?
I już sobie wyobrażam współczesną młodzież: namioty w środku lasu, bez tv, bez telefonu i internetu... Chyba że w kategorii kary.

Zainteresował mnie też wątek osobisty Witeckiej. Jest ona córką fanatyczki religijnej. Matka była despotką i, w moim odczuciu, bigotką. Marta walczy z demonami w swojej głowie. Są momenty kiedy wspomnienia wracają.

Po przeczytaniu tej pozycji doszłam do wniosku, że wiele mnie łączy z Panią redaktor: obie jesteśmy rudowłose, uwielbiamy kukułki i białe wino oraz jeździmy francuskimi samochodami. Przypadek?


A zakończenie? Jak zwykle wiele opcji obstawiałam, ale nie trafiłam.
Trudno napisać opinię o tej książce nie zdradzając istotnych wątków fabuły. Nie chce Wam psuć frajdy z czytania.

I na koniec dwa cytaty, które mnie rozbawiły:

"PRL zamiast nowoczesnej technologii dysponował hektolitrami wódki, a to znacznie lepszy wynalazek komunikacyjny niż maile i SMS-y".

"W aucie włączyła radio i otworzyła paczkę kukułek. Uwielbiała rozpływające się w ustach nadzienie, najlepszy dopalacz".

Wódka jako wynalazek komunikacyjny i kukułki jako dopalacz. Padłam.

Polecam gorąco.

Zdjęcie autorskie Izabelka. Tytuł: kiedy matka kupuje nowość, to dzieciom obiad zapewnia KFC.


sobota, 25 lutego 2017

Straszko. Krzysztof Baliński, Agata Królak [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Straszko
AUTOR: Krzysztof Baliński
ILUSTRACJE: Agata Królak
WYDAWNICTWO: Novae Res
GATUNEK: Bajka dla dzieci
EGZEMPLARZ RECENZENCKI dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

Pan Rysownik podłapał fuchę. Taką expresową fuchę z terminem oczywiście na wczoraj. Ma powstać straszne straszydło, straszniejsze od stracha na wróble. Najlepiej z zębiskami. Zatroskany Pan Rysownik wzbija się na wyżyny swojej zdolności manualnej i wyobraźni. Tak powstaje rysunek Straszka. Tak można się przestraszyć. 

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik


Tylko coś idzie nie tak. Branża filmowa, te wszystkie scenariusze, plany, zamiary są zmienne. Jak, nie szukając daleko, kobieta. Więc Straszko, mimo iż gotowy na wczoraj, już w animacji dla dzieci wykorzystany nie będzie. Ląduje na szafie czyli tam, gdzie mieszkają inne, troszkę zapomniane i odrobinę niepotrzebne rzeczy. Zapomniany. Niepotrzebny! Ale, ale! Istniejący. A skoro istnieje, to już niedaleka droga do tego aby czuć, mieć pragnienia, oczekiwania, plany i marzenia...

Ach nieśmiałe marzenia... Jaka to radość, gdy się spełniają!

Nie wolno marnować szansy istnienia, kiedy taką szansę dostaliśmy od losu. Straszko to wie i skrzętnie korzysta z każdego dna. Poznaje swoje otoczenie, ogląda, obserwuje.

Drzwi były niezwykłe. Dlaczego? Otóż drzwi umiały sprawić, że pan Rysownik całkowicie znikał, a po jakimś czasie całkowicie się pojawiał!

I nazywa =) Mamy zatem Rysownika, Rysownikochody, Niespadaki, Robienie krótkiej nocy, Spadaki, Siebie-obejrzyjka...

Tak, oprócz pokoju, który istnieje, bo go widać, istnieje też jakieś Gdzieś Indziej, którego nie widać...

Ale Straszko czuje się się samotny. Czy ma szansę na poznanie przyjaciół, czy dowie się czy zgrzytanie może się wyzgrzytać, czy raczej zgrzytanie lepiej wyłączyć przyciskiem, czy wychodzenie to jedyny sposób na realizację marzeń? Czy warto marzyć i czy warto próbować, aby nierealne wyrzuciło to "nie" z przodu? Dużo tych "czy" =)

Wiecie co? Świat byłby smutny bez bajek. Bez takich bajek. Najważniejsze i najtrudniejsze tematy najbezpieczniej ubrać w bajkową scenerię. Nie grozi nam spłycenie tematu. Wręcz przeciwnie. Bajkowa szata gwarantuje wiele przemyśleń i całą paletę interpretacji. Nie wiem może tylko ja widzę pod postacią Straszka rysunku, który miał być niezbędny a stał się niepotrzebny kogoś zagubionego w życiu. Osobę, która miała być, a nie jest, osobę, która zgubiła sens życia. Może nadinterpretuję, ale kto mi zabroni? Przecież to niepisane prawo czytania bajek (i poezji) sami wyobrażamy sobie to, co Autor chciał powiedzieć, nie pytając Autora o zgodę. Dla mnie Straszko, to straszydełko, które czuje i marzy, które jest świadome, że musi wziąć sprawy w swoje ręce i odważyć się na odkrywanie świata, na pokonywanie granic, na szukanie i próbowanie. Bo każdy jest kowalem swojego losu. I każdy jest potrzebny, niepowtarzalny i ważny.

Nie istniały przecież przedmioty, które nic nie robiły i były do niczego.

Straszko uczy nas także samoakceptacji. Tylko docenienie siebie i pogodzenie się ze swoim wyglądem i wnętrzem gwarantuje szczęście i przejście do kolejnego "levelu" w życiu. Brak zrozumienia dla samego siebie albo strach przed odkrywaniem własnego "ja" jest hamująca i destabilizująca.

Też bym chciał, żeby moje Ja wyglądało... nie aż tak strasznie. Ale jestem Straszkiem, tak zostałem narysowany.

Autor przemyca w bajce o Straszku wiele pięknych prawda życiowych. W pięknym, gawędziarskim (niemal "lejowodącym") stylu wypełnionym uroczymi neologizmami. Niespieszna akcja, czasami wręcz stojąca na czerwonym świetle, pozwala wczuć się w Straszkowate (swoje?) wnętrze. Spokój. Rzecz niespotykana w dzisiejszym świecie, w którym poranek to start w sprinterskim biegu naszego życia. Pędzimy kilkanaście godzin, aby zasnąć z głową przepełnioną myślami, kłopotami, planami na kolejny dzień, sprinterski dzień. Straszko tak nie pędzi, Straszko obserwuje i cieszy się ze swojego istnienia. Nieważne, że jednak okazał się zbędny, przecież żyje. A to najpiękniejszy dar. Szkoda byłoby zmarnować swoje życie na niepotrzebny bieg za niewiadomoczym i za nieosiagalnymczymś.

Ta bajka ma jedna wadę. Za mało w niej obrazków. Bo te, które są, to cud miód orzeszki. Z resztą sama okładka gwarantuje ucztę dla oka. "Artystyczne bohomazy" wewnątrz są po prostu doskonałe. Uwielbiam grafikę w książkach i ubolewam nad tym, że tak rzadko można podziwiać prace utalentowanych grafików w książkach. Jakby wydawnictwa obawiały się, że rysunki w, dajmy na to, dobrym kryminale, odbierały mu wiarygodności i ważności. Błąd. Grafika potrafi rozśmieszyć, zasmucić, wystraszyć, pogruchotać, zaskoczyć i uwrażliwić na tekst. Agata Królak zaprezentowała w Straszku graficzną interpretację Straszkowych wizji rzeczywistości. Wizję uroczą, dziwaczną, dziecięcodorosłą.

Bajka dla dzieci, ale i dla dorosłych. Niespieszna, stopująca i dająca na tacy tak wiele prostych prawd życiowych, które poprzez swą prostotę właśnie są troszkę zakurzone. Jak się robi kurz? Na to pytanie i Straszko stara się odpowiedzieć, ale ani ja, ani on nie znajdujemy odpowiedzi. Wiemy tylko tyle, że kurz pokrywa rzeczy nieużywane i długo lezące w miejscu. Życzę każdemu, aby te proste prawdy, stanowiące filary dobrego życia nigdy nie pokryły się kurzem. I aby każdy dzień był taki, o:

[...] Dzień Dzisiejszy aż rwie się do tego, żeby być dniem nie gorszym niż Dzień Wczorajszy[...]

piątek, 24 lutego 2017

Willa Misteriów. David Hewson [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Willa Misteriów
AUTOR: David Hewson
WYDAWNICTWO: Marginesy
GATUNEK: Kryminał

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik


Willa Misteriów to specyficzny kryminał. Poprawny, ale nie wprowadzający w stan hurraoptymistyczny
Nie zaiskrzyło między nami. Niby dobry, przemyślany, z prostą narracją, zagadką skrupulatnie poprowadzoną i dość dobrze, wiarygodnie zakończoną... a jednak z uśmiechem na twarzy dobiłam do końcowych stron.

Para amatorów archeologów przypadkiem odkrywa w torfowisku zwłoki kobiety. Z racji warunków atmosferycznych i mikroklimatu ciało zostało poddane procesom przypominającym garbowanie i mumifikację. Wiek kobiety oscyluje w granicach od kilku do kilkuset lat. Lekarz medycyny sadowej Teresa Lupo sugeruje, aby tak zakonserwowane ciało w pierwszej kolejności obejrzał specjalista archeolog. Okazuje się jednak, że "zakonserwowane ciało kobiece" należy do zaginionej kilkanaście lat wcześniej szesnastoletniej dziewczyny. Zagadkowy tatuaż przedstawiający krzyczącą twarz wokół której wije się stado wężowatych stworzeń podsuwają policji trop. Moneta w ustach kobiety zdaje się go potwierdzać. Dziewczyna stała się ofiara tajemniczego, praktykowanego wieki temu obrzędu na cześć Dionizosa. Celem tych praktyk religijnych było złożenie w ofierze dziewicy w Willi Misteriow sercu kultu. Sprawa nabiera niepokojącego wydźwięku, kiedy zaniepokojona matka zgłasza zaginiecie swojej nastoletniej córki. Miranda przekonuje, że jej córka Suzi został uprowadzona przez tajemniczego zamaskowanego motocyklistę. Policja podejrzewa, ze rządna przygód Suzi chciała zapewne złapać oddech od nadopiekuńczej rodzicielki i bagatelizuje sprawę... dopóki nie okazuje się, że Suzi wygląda identycznie, jak zabalsamowane zwłoki odkryte niedawno w torfowisku. Czy od od wieków niepraktykowany obrzęd ofiarowania dziewic ku czci Dionizosa zyskał nowych wyznawców? Czy na terenie Rzymu działa tajemnicza sekta składająca ludzkie ofiary? Co z porwaniem i zabójstwem sprzed lat ma wspólnego Vergil Wallis oficjalnie biznesmen, w praktyce boss mafii? 

Osadzenie w fabule tematu starożytnych obrzędów, nowych wyznawców dawno zapomnianych wierzeń i wzniecanie płomienia wiary w ledwo tlącym się wspomnieniu o konkretnych bożkach powinno być gwarancją sukcesu powieści. Wplątanie w typowo kryminalną powieść elementów sensacyjnych, z niebezpieczną mafią, porachunkami miedzy bossami powinno dodać powieści tempa i rumieńców zachwytu. Przewijające się wątki obyczajowe, zarówno w obrębie rodziny bossa: jego problemy z niesubordynacją (czytaj: niewiernością) młodej, atrakcyjnej małżonki, komplikacje z lekko przygłupim synem, czy perypetie w życiu policjantów powinno nadać książce smaczka. Powinno. A tu figa z makiem. Powieść jest spójna, stosunkowo niewielka ilość podejrzanych, brak znoszenia fabuły na boczne tory, nadmiernej ilości odwracania uwagi czytelnika, stanowią z pewnością plus powieści. Nie ma w niej zbędnych wątków, każdy podjęty przez Autora ma znaczenie i wcześniej czy później wyklaruje się z niego kolejny pasujący element układanki. Jednak wszytko to jest mdłe, bez wyrazu, bez adrenaliny. Jednymi odruchami, jakie inicjuje czytanie Willi Misteriów jest seria ziewnięć. 

Zakończenie, kolokwialnie pisząc, ma ręce i nogi, zwroty akcji całkiem logiczne, bez zbytniego fantazjowania, ale znowu bez polotu, bez zachwytów, bez euforii.

Czego nie można odmówić Autorowi? Klimatu i precyzji opis poszczególnych miejsc, w których dzieje się akcja, czy to ulica, czy kawiarenka, restauracja, czy ciasna sala w której przeprowadzana jest sekcja zwłok. Wnikliwa, skrupulatna charakterystyka miejsc to największy atut tej powieści. Czuć włoską pizze, słychać warkot skuterów na włoskich krętych uliczkach i szybką, ekspresywną wymianę zdań między mieszkańcami Rzymu.
Na uwagę zasługuje także ciekawy wątek obyczajowy policjantów: Nico Costy oraz szpetnego i pyskatego Gianni Peroniego.

Przypuszczam, że Willa Misteriów znajdzie grono entuzjastów. Jednak moim zdaniem brakuje jej napięcia, akcja, mimo wielokrotnych zwrotów, utrzymuje się na tym stlałym poziomie.

czwartek, 23 lutego 2017

Barnim. Kamienie. Bernard Berg [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Barnim. Kamienie
AUTOR: Bernard Berg
WYDAWNICTWO: Tegono
GATUNEK: Powieść obyczajowa/Powieść przygodowa

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik


Barnim Kamienie to tak naprawdę krótkie opowiadanie stanowiące uzupełnienie po przeczytaniu Barnim Ogień, albo wdrożenie w akcję przed lekturą Barnim Ogień. Nie ma znaczenia, którą z dwóch perypetii Barnima przeczytamy jako pierwszą. I tak będziemy mieć radochę nie z tej ziemi.

Barnim przyjmuje od Edgara Erta zlecenie. Ma za zadanie potwierdzić autentyczność kamiennego ołtarzyku z portatylu sprzed ośmiu wieków. Nie pała zbyt wielkim entuzjazmem na myśl o tułaniu się po górskich miejscowościach i przeszukiwanie okolicznych kościołów. Jednak sytuacja finansowa zmusza go do podjęcia się wyzwania. Udaje się do miejscowości Rącz, aby zrealizować kontrakt. Ale... krew nie woda... więc prócz nieprzyjemnych okoliczności, jakim jest oddanie się realizowaniu kontraktu Barnim postanawia słuchać podszeptów własnego ciała. Zuzanna jest wszak zacną, młodą i urodziwą niewiastą, dlatego wielkim nietaktem byłoby nie skorzystać z okazji poznania jej walorów z bardzo bliskiej odległości. Innymi słowy Barnim postanawia ochędożyć dziewkę. Dziewczę nie oponuje, a skądże znowu!? Wręcz przeciwnie. W euforii tańca ciał okazuje się jednak, że ojciec Zuzanny jednak nie wyjechał. I staje się świadkiem niegodziwości, jakiej dopuścił się obcy przybysz na jego córce. Bynajmniej nie wprawia to ojca Zuzanny w stan euforyczny... Pierwszy klops w misji Barnima, bo... pochędożyć pochędożył, ale i kostkę skręcił w trakcie niefortunnego upadku z balkonu podczas zwinnego ujścia z miejsca zdarzenia. Drugi klops łączy się z tym pierwszym w sposób pośredni. Podczas miłej pogawędki dnia następnego w lokalnym pubie dowiaduje się, że kościół, w którym miał znajdować się kamienny ołtarzyk został obrabowany. Złodziej dokonał zuchwałej grabieży bogato zdobionej ikony oraz kilku innych przedmiotów. Barnim nie zdążył dowiedzieć się, czy to, po co przyszedł także padło łupem tajemniczego sprawcy, bo to właśnie Barnim zostaje o ową kradzież posadzony. Nie pomaga fakt, że burmistrzem okazał się troskliwy tatuś Zuzanny. Barnim zostaje pobity, wtrącony do wiezienia i ponownie pobity. Jednak jego zaradność życiowa, intelekt i błyskotliwość nie pozwalają zbyt długo korzystać z wątpliwych uroków gościnności aresztu w Rączu. Mocno nadwątlone ciało, skręcona kostka i poturbowane klejnoty nie przeszkadzają w snuciu planów ucieczki. I ich realizacji.

Barnim Kamienie to idealne uzupełnienie kreacji Barnima. W Ogniu jawił się jako zuch na schwał. W Kamieniach sprawia wrażenie  inteligentnego, to oczywiste, ale lowelasa. Nie zmienia to jednak faktu, że Barnima po prostu się lubi. Jego zaradność i samowystarczalność w kompozycji z buzującym testosteronem i ciętym językiem stanowią ciekawa mieszankę wybuchową.

Autor po raz kolejny serwuje nam porcję, tym razem niewielkich gabarytów, dobrej literatury. Szkoda, że to tak krótka odsłona prawdziwego "ja" Barnima, bo im dłużnej przebywa się w barnimowym świecie, tym bardziej chcemy poznać jego przeszłość. Pan Bernard niby wyjaśnia, ale stawia kolejne znaki zapytania i prowadzi w ślepe uliczki przeszłości głównego bohatera. Wiemy jedynie tyle, że lubi kobitki =) A kim jest tajemniczy zleceniodawca Edgar? Czym tak naprawdę jest kamienny ołtarzyk?

Powieść jest doskonałym wprowadzeniem przed lekturą Ognia. Czytelnik zapoznaje się ze stylem Autora, poczuciem humoru i wykreowanym światem. Ale stanowi także bardzo dobre uzupełnienie i "kotwicę w świecie Barnima", kiedy czytelnik nie jest jeszcze gotowy, aby wrócić do rzeczywistości po górskich wycieczkach i śledzeniu przygód głównego bohatera wraz z jego kompanią.

Ze zniecierpliwieniem czekam na ciąg dalszy.

Kukła i inne opowieści terapeutyczne. Lucyna Mijas [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Kukła i inne opowieści terapeutyczne
AUTOR: Lucyna Mijas
WYDAWNICTWO: Novae Res
GATUNEK: Powieść obyczajowa/ Bajka dla dorosłych
EGZEMPLARZ RECENZENCKI dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res


Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

Bajki dla dorosłych są jak makijaż. Pod kolorowym cieniem, wyrazistym tuszem, krzykliwą, karminową pomadką i stonowanym podkładem kryje się prawda. Skrywa się naturalność. Kompozycja odpowiednio dobranych kosmetyków podkreśla, uwydatnia to, co powinno zostać wyeksponowane, a ukrywa mankamenty. Kukła i inne opowieści terapeutyczne to właśnie taki doskonały makijaż wykonany przez profesjonalistę w renomowanym salonie kosmetycznym.
Ale makijaż, nawet ten permanentny, to tylko ułuda, bo pod warstwą misternie łączonych specyfików odkrywamy coś zgoła odmiennego. Aby tego dokonać potrzebujemy płynu do demakijażu, czyli włączenia myślenia. Bo owszem możemy podziwiać piękną fasadę, ale tylko od nas zależy, czy w poszczególnych opowiadaniach odkryjemy prawdziwe przesłanie.

Podobno najlepszą metoda na przeciwstawienie się swoim lękom jest... śmiech. Idąc tym tokiem rozumowania najskuteczniejszym sposobem na traumę, krzywdę i podjęcie się rozwinięcia tematów, które nas ranią, jest zdystansowanie się i przedstawienie problemu w innym świetle. Na przykład jako bajkę. Na przykład zamieniając nas w zwierzęta a nasze uczucia w uczucia tychże zwierząt. Od dawien dawna bajki stanowią doskonały przykład na to, że bogactwo mądrości można zawrzeć w z pozoru banalnej historii ze zwierzęciem w roli głównej. Wielopłaszczyznowość takich opowiadań odkrywana jest przez tych, którzy szukają głębiej, myślą bardziej i rozumieją więcej.

Pani Lucyna Mijas ofiarowała nam dziesięć wyjątkowych opowiadań. Każde z nich opisuje z pozoru banalne sytuacje. Ich bohaterowie to zwierzęta, lalki, przedmioty, kwiaty, bo w ten sposób najprościej wyrazić to, co trudne i bolesne. Niektóre poruszają bardziej, inne troszkę mniej. W zależności od tego, co "siedzi w człowieku" wychwytuje on, niczym radar, sygnały, jakie emitują konkretne opowiadania. Przypuszczam, że odbiór poszczególnych opowieści może być skrajnie rożny, zależny od poziomu naszej wrażliwości, empatii, gruboskórności oraz doświadczeń życiowych. Każdy, absolutnie każdy, znajdzie wśród tych dziesięciu historii taką, która poruszy jego serce i wyżłobi ślad łez na policzkach.
Dla mnie takim opowiadaniem był Mały. Antropomorfizacja dębu i klonu jest bardzo wyraźna i łatwo dostrzegalna. Przepiękna opowieść, w której Autorka zgromadziła całą paletę uczuć, wtłoczyła maximum wzruszenia, a końcówką pokaleczyła mą duszę. Mały zmusza do rachunku sumienia czy dostrzegamy, jak wielkim wsparciem jest dla nas "dąb", czy zdajemy sobie sprawę z tego, że bez jego pomocy każde najmniejsze załamanie pogody spowodowałoby naszą degradację, zniszczenie, śmierć? I w końcu najważniejsze -czy pamiętamy o bezinteresowności "dębu", czy pamiętamy o "dębie"? Przepiękna, wzruszająca i już teraz wiem nigdy nie ginąca w odmętach mej pamięci.
Mały to zdecydowanie mój numer jeden. Zadziałał na mnie jak intensywny płyn do demakijażu, a nawet jak peeling oczyścił z warstwy obojętności i zmusił do spojrzenia na niepodkolorowaną, nieupiększoną, niedoskonałą twarz. Kukła była przerażająco smutna, podobnie jak Pan Burza. Dwa opowiadania, dzięki którym człowiek docenia, że nie musi dźwigać balastu trudnych wspomnień. Szary i Pajęcza sieć sygnalizują problem "pędu życia". Wciąż za czymś gonimy, dążymy do wyimaginowanych celów, stawiamy sobie coraz większe wymagania, wyższe poprzeczki. Zapominając o tym, że na szóstym biegu nie dostrzeżemy szczegółów życia, czyli tych drobnych uciech dnia doczesnego, które skrupulatnie budują wielki postument zwany "szczęśliwe życie". 

Nie sposób nie wspomnieć o przepięknej szacie graficznej. Począwszy od okładki (sztywnej, stonowanej, z której wyraz "Kukła" niemal kłuje w oczy) skończywszy na dopracowanym wnętrzu. Każde opowiadanie zostało przepięknie zobrazowane przez Pana Bartosza Gruszewskiego. Nie ma w owych obrazkach najnowszej techniki, różnorodności barw, mnogości stylów. Tylko ołówek. Czar grafitowego ołówka, który wydobywa kwintesencję z danego opowiadania. Prostota, delikatność i piękno w czystej postaci. A grafiki do Pana Burzy, Szmacianki i Kukły (w takiej kolejności) to dla mnie prawdziwe dzieło sztuki.

Kukła i inne opowieści terapeutyczne jest doskonałą formą odkrywania samego siebie, uwrażliwiania oraz, oby!, sposobem na pokonanie mur obojętności, zaleczenia niezasklepionych ran i uaktywnienie drzemiących w nas głęboko pokładów siły aby nie ukrywać się, nie ulegać, tylko walczyć. Tylko żyć.


Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

środa, 22 lutego 2017

Trzech Panów na włóczędze. Jerome K. Jerome [Izabelka]

TYTUŁ: Trzech Panów na włóczędze
AUTOR: Jerome K. Jerome
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Zysk i S-ka
GATUNEK: Literatura piękna


Zdjęcie autorskie Izabelka

Dziś znowu bardzo krótko.
O tej książce już chyba napisano wszystko. To ja dorzucę swoje "trzy grosze".
Po tę książkę sięgnęłam zachęcona lekturą "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)" tego samego autora. Choć nie przepadam za angielskim humorem, obie te pozycje bardzo mi się podobały.
Od razu wyjaśnię, że ta książka została wydana też pod innym tytułem "Trzech panów na rowerach". Dlaczego dwa różne tytuły? Nie wiem.

Książka ta, tak samo jak i poprzednia o przygodach trzech panów, gwarantuje świetną zabawę. Tylko trzeba pamiętać, że została napisana w XIX wieku. I humor trochę "zszarzał". Ale tylko trochę.

Kiedy panowie dostają "świądu stóp", postanawiają wyruszyć na wycieczkę rowerową po Niemczech. Są w obcym kraju, nie znają obyczajów i codzienności German, co prowadzi do wielu śmiesznych sytuacji. I do zaskakujących refleksji. I te, jak dla mnie, rewelacyjne dygresje, które, co prawda odbiegają od głównego wątku, ale dodają smaczku całości. Świetne.

Niektóre fragmenty czytałam po kilka razy.
Na przykład instrukcję pakowania czy policyjny przewodnik po Vaterlandzie, gdzie obcokrajowiec znajdzie listę występków zabronionych w Niemczech.

I takie "perełki":
"Doskonała nieznajomość języka jest godna szacunku".

"(...) jeśli kobieta chce diamentową tiarę, zaraz ci wytłumaczy, że zaoszczędzi w ten sposób na berecie".

I wiele, wiele innych.

Polecam

PS. Aż  zatęskniłam za rowerem... i piwem.

Zdjęcie autorskie Izabelka

Barnim. Ogień. Bernard Berg [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Barnim. Ogień
AUTOR: Bernard Berg
WYDAWNICTWO: Tegono
GATUNEK: Powieść obyczajowa/Powieść przygodowa


Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

Barnim Ogień można, z przymrużeniem oka, określić mianem syntezy Starej baśni, Gry o Tron i Robin Hooda. Powieść gwarantuje bowiem doskonałe opisy dzikiej przyrody, pikantne opisy spółkowania oraz podróż obrońcy uciśnionych bogatą w zwroty akcji, niebezpieczne porachunki z bandytami i triumf dobra w walce ze złem.

Barnim to po trosze samotnik górołaz, po trosze poszukiwacz mocnych wrażeń podejmujący się zleceń wszelakich, które albo dostarczają potężna dawkę adrenaliny, albo wzbogacają kieszeń. W wyniku niefortunnego splotu wydarzeń w miejscu realizacji kolejnego zlecenia w Rączu zostaje oskarżony o kradzież świętej ikony z małego, miejscowego kościoła. Tym samym jego zlecenie odnalezienie kamiennego ołtarzyka nie zostaje zwieńczone sukcesem. Musi uciekać w góry. A tam zamiast ukojenia i samotności pakuje się w kolejne kłopoty. Na swojej drodze spotyka bowiem doszczętnie spaloną, wyludnioną wieś. Bydło puszczone samopas, brak śladów walki z żywiołem i obezwładniający swąd spalonych ciał. Barnim dokonuje przerażającego odkrycia. Wszyscy mieszkańcy małej wsi zostali zwabieni, zamknięci i spaleni w drewnianym kościele. Zastanawiający pozostaje fakt, że nikt z obecnych w świątyni nie próbował się ratować. Wszelkie znaki na niebie potwierdzają fakt, że wszyscy jak jeden mąż, zginęli pogrążeni w modlitwie... Dość szybko na jaw wychodzą kolejne niepokojące fakty w pobliskiej okolicy "grasuje" samozwańczy głos boży "mędrzec" przekonany o słuszności głoszonych przez siebie prawd. Głównym przesłaniem tychże rewelacji jest przekonanie mieszkańców pobliskich wsi, że świat się stoczył, ludzie bezmyślnie krzywdzą, grabią, gwałcą, poziom zgorszenia i zdemoralizowania osiągnął najwyższy stopień. Jedynym ratunkiem jest pokuta i ofiara...

najlepiej przez ogień święty, żeby ciała robactwu nie zostawiać, a duszy pomoc z dymem do nieba.

Barnim rusza w pogon za klechą, który nie cofnie się przed niczym aby zrealizować misterny plan zagłady grzeszników. Na swojej drodze spotyka Naja pokornego, lekko opóźnionego w rozwoju wielkoluda o gołębim sercu. Niedługo później dołącza do nich inteligent Aan, hultaj i żigolak Ren oraz odważna, piękna Ina. Razem starają się zapobiec kolejnemu masowemu samobójstwu.


Nie możemy być obojętni na zło. Obojętność to zło.
Nie musisz być świętym, żeby walczyć ze złem. Żeby walczyć ze złem, nie musisz być nawet dobry.


Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

Dobra passa pt "wartościowe i rewelacyjne książki" mnie nie opuszcza. Bo Barnim Ogień to kawał, może nie genialnej, ale bardzo dobrej literatury. Synergia realistycznych opisów przyrody, ciekawych zwrotów akcji, charakterystyki poszczególnych bohaterów daje skok w świetnie wykreowaną fabułę. Dopracowaną, zaskakującą i porywającą.
Zastanawiająca pozostaje kwestia braku możliwości precyzyjnego określenia czasu akcji, ponieważ podroż Barnima z powodzeniem mogła wydarzeń się w zamierzchłej przeszłości jak, teraźniejszości i w dalekiej przyszłości... chociaż mając na uwadze bogactwo flory i fauny, obstawiam jednak te pierwszą ewentualność. Dzika, nieskalana działalnością (i głupotą) człowieka przywołuje na myśl wspomniane zalesienia Starej Baśni Kraszewskiego. Potwierdzeniem mojej teorii może być także prostota mieszkańców wsi, "Nauki w mieście" jako coś nietypowego, lekkie zacofanie intelektualne i wynikającej z niego podatności na moralizatorskie kazania wędrowców głoszących dobre nowiny.
Szczególna uwagę zwraca różnorodność charakterów poszczególnych bohaterów. Barnim to taka polska wersja Macgyvera górala. O przyrodzie, prawach nią rządzących, metodach przetrwania w niesprzyjających warunkach wie wszystko. Jednocześnie postać Barnima jawi się jako "ostatni sprawiedliwy", który kieruje się rozsądkiem i ogólnie pojętym dobrem. Dba o kompanów, jest inteligentny, przewidujący i zaradny. Naj to wielki, nieszkodliwy, lekko opóźniony wielkolud. Wpatrzony w swojego mentora Barnima podąża za nim i gotów jest mu towarzyszyć na dobre i złe. Aan to lekko irytujący intelektualista, analizujący, snujący teorie i prawiący morały. No i Ren =) Ren jest bardzo oryginalną postacią, lubujący się w rozkoszach życia doczesnego: dobrze pojeść, popić i oczywiście, użyję nomenklatury typowej dla Rena podupczyć. Opisy upojnych chwil na płaszczyźnie damskomęskiej dostarczają pikanterii oraz pokaźnej porcji komizmu. Z pewnością opis stosunku Rena z Ludmiłą plasuje się szczycie najzabawniejszych i najbardziej realnych w rankingu "bzykanie w literaturze".

Kładzie się posłusznie i zakasuje spódnicę. Spodziewałem się chaszczy, a tu schludny trawnik.

Generalnie Ren to najbarwniejsza postać przykuwająca uwagę i zyskująca sympatię. Hulaszczy tryb życia, luzackie podejście do problemów natury egzystencjalnej, chwiejne i podatne na czynniki zewnętrzne zasady moralne. Oj tak, to bardzo ciekawa postać. To właśnie Ren i jego swobodny sposób bycia jest źródłem największej ilości zabawnych sytuacji, które zainicjują głośne wybuchy śmiechu i palącą potrzebę przeczytania danego fragmentu raz jeszcze. Na głos. Mężowi. Żonie. Komukolwiek. Niech i ktoś inny się pośmieje;)

[...] teraz podążają za mną jak nierozprawiczone nastolaty za lokalna dupodajką.

Droga pani, szanowni panowie, moim zdaniem nie wydarzyło się nic, czego nie dałoby się wytłumaczyć zwykłym ludzkim skurwysyństwem.

Jednocześnie powieść Barnim Ogień niesie ze sobą przekaz. Zmusza do zastanowienia się jak wielką rolę odgrywa w życiu wiara, świadomość własnej woli. Autor nie odpowiada na pytanie, czy zemsta najlepiej smakuje na zimno, czy zemsta w ogóle ma rację bytu. Czy przebaczenie daje ukojenie, czy uczciwość popłaca. 

Tłum to nie ludzie, tylko tłum. Tracą zdolność logicznego myślenia i racjonalnego działania. Dają się prowadzić najbardziej prymitywnym instynktom, wśród których zemsta zawsze wiedzie prym.

I to zakończenie. Jeśli dobrze dedukuję (a mam nadzieję, że nie) to zakończenie jest po prostu smutne. I rewelacyjne... Po ostatniej rozmowie Barnima z Anną poczułam się oszukana i przygnębiona ale i zaskoczona. Trochę jak po obejrzeniu pewnego teledysku Alanis Morissette... Z wielka przyjemnością sięgnę po kolejna powieść z Barnimem w roli głównej. Bo tak tego nie zostawię! ;)


Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

Trzech Panów w łódce (nie licząc psa). Jerome K. Jerome [Izabelka]

TYTUŁ: Trzech Panów w łódce (nie licząc psa)
AUTOR: Jerome K. Jerome
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Zysk i S-ka
GATUNEK: literatura piękna

Zdjęcie autorskie Izabelka


Dziś bardzo krótko. 
Na pisanie recenzji o książce z serii Arcydzieła Literatury Światowej nie czuję się na siłach.
Za cienka jestem. Napiszę tylko, że jestem bardzo zaskoczona.

Nigdy nie rozumiałam angielskiego humoru typu Monthy Python czy Jaś Fasola.

Ale podczas czytania tej książki uśmiałam się jak rzadko kiedy. I herbatą też się poplułam. Że o dziwnych spojrzeniach członków mojej rodziny nie wspomnę... Biorąc pod uwagę to, że książka ta została napisana w XIX wieku, to nic a nic nie straciła na aktualności. Wspaniały język, dowcipne komentarze, trafne spostrzeżenia na tematy wszelakie i niewielka dawka historii wpłynęły na mój odbiór książki. 
I takie zdania jak te: 
"Czego oczy nie widzą, o to się żołądek nie awanturuje".

"Lubię pracę. Praca mnie fascynuje. Potrafię godzinami siedzieć i przyglądać się jej".

"Przez całe życie ciężko jesteśmy doświadczani. Boć człowiek rodzi się po to, aby mieć zmartwienia".

Normalnie są jak miód na moje serce.

I cytat, który wydrukowałam sobie i powiesiłam na ścianie:


"Niechaj łódź twego żywota będzie lekka i niesie tylko to, co ci jest potrzebne - przytulny kąt, niewyszukane przyjemności, ze dwóch przyjaciół godnych tego miana, kochaną osobę i kogoś, kto cię kocha, kota, psa, fajkę, jedną lub dwie, w miarę żywności i w miarę odzieży, odrobinę więcej napojów - bo pragnienie niebezpieczna rzecz."


Polecam gorąco. Takim samym sceptykom angielskiego humoru jak ja.


PS. A na zdjęciu angielskie śniadanie na polską kolację.






Kolonia Marusia. Sylwia Zientek [Izabelka]

TYTUŁ: Kolonia Marusia
AUTOR: Sylwia Zientek
WYDAWNICTWO:  Wydawnictwo W.A.B.
GATUNEK: historyczna/historia rodzinna

Zdjęcie autorskie Izabelka


To jedna z tych książek, których się nie zapomina. 

Od razu się przyznam: mnie w szkole o tym nie uczono. Nie dziwi ten fakt, bo edukację zaczynałam w epoce komunizmu, a kończyłam w czasach powstającego kapitalizmu. Nikt nie chciał "tykać" TAKICH tematów. Dlatego postanowiłam przeczytać tę książkę. Choć dużo w niej faktów historycznych, to ja jednak i tak musiałam zgłębić temat.

Tak naprawdę to jest opowieść nie TYLKO o rzezi na Wołyniu. To dramatyczna historia całej rodziny, której trauma przenosi się z pokolenia na pokolenie. Halina mieszka na Wołyniu, który  do momentu wybuchu wojny należy do Polski. Czuje się Polką. Rodzina kocha kraj, uprawia ziemię i współtworzy kolorowy kobierzec kulturowy z innymi mieszkańcami: Rosjanami, Ukraińcami, Żydami, Ormianami i Czechami. Aż do momentu wybuchu wojny. I wszystko się zmienia latem 1943 roku. Ukraińscy nacjonaliści mordują ludność, wieś po wsi. Niewielu udaje się uciec. Opisy porażające. Mnie, jako matce, szczególnie ciężko czyta się o krzywdzie dzieci. Oddziały UPA nikogo nie oszczędzały.

Czy po takich doświadczeniach da się żyć? Czy można powrócić do codzienności? Gdzie szukać domu i swojego miejsca na ziemi? Jak odnaleźć się w komunistycznej Polsce, kiedy ma się korzenie szlacheckie? Mnóstwo pytań.

Halina dorasta w Polsce. Nie umie zapomnieć, nie umie wybaczyć. Szuka ucieczki w alkoholu i innych używkach. Potrzebuje ukojenia, równowagi. Lęki i ataki paniki jej nie opuszczają. Mąż, wojskowy, stale nieobecny w domu, kiedy już jest, jeździ po leki i pomaga jak może. Jedną słuchaczką wspomnień jest córka. I to ona zostaje powierniczką matki. I tak "dziedziczy" traumę.
Po śmierci Haliny córka próbuje odszukać i opisać historię swojej rodziny. Jedzie na Ukrainę w poszukiwaniu Koloni Marusi. Ma nadzieję, że to jej pomoże odzyskać spokój ducha i równowagę.
A czy to się stało? To musicie doczytać sami...

Książka niesie ze sobą niesamowity ładunek emocjonalny. Spokój wołyńskiej wsi, mordowanie cywilnej ludności, poszukiwanie swojego miejsca w nowo powstałej Polsce, walka ze swoimi demonami z przeszłości, skomplikowane relacje rodzinne, a w szczególności matka-córka, spowodowały u mnie emocjonalną karuzelę. Łzy nie raz stawały w oczach. Opowieść ta jest napisana w taki sposób, że mnie niektóre obrazy tak działały na wyobraźnię, że musiałam robić przerwy. Nie sposób czytać na spokojnie o mordowaniu, znęcaniu się i grabieniu niewinnej ludności.

Pozycja ta wpisuje się w nurt książek napisanych przez dzieci rodziców, którzy przeżyli wojnę.
Pisał o tym już Henryk Grynberg w "Oskarżam Auschwitz" i Anna Janko w "Małej zagładzie".
Polecam obie. Książki te skłaniają do zastanowienia się czy traumę można odziedziczyć w genach i pokazują jak wygląda życie z ocaleńcem. 

Mnie się zawsze wydawało, że ci, którzy przeżyli wojnę, powinni być szczęśliwi, że przeżyli. Ta, jak  i dwie wyżej wspomniane książki, uświadomiły mi, że nie zawsze tak jest...

I przyszło im żyć niczym anioł z przytrzaśniętym skrzydłem...

Polecam.
Zdjęcie autorskie Izabelka


piątek, 17 lutego 2017

Zbrodnie w Nickelswalde. Agnieszka Bernat [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Zbrodnie w Nickelswalde
AUTOR: Agnieszka Bernat
WYDAWNICTWO: Novae Res
GATUNEK: Kryminał
EGZEMPLARZ RECENZENCKI dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res


Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik


Ta, yhy, bo uwierzę, że to debiut. Taki kryminał mogłaby napisać Agatha Christie gdyby znała realia PRL-u ;)
Debiut Pani Agnieszki, moim zdaniem, zasługuje na owację na stojąco.

W małej, pomorskiej miejscowości Mikoszewo dochodzi do zuchwałego zabójstwa, które, przy dobrych watrach mogło ujść za samobójstwo. Młoda turystka Eliza Głowińska zostaje naszprycowana narkotykiem i wrzucona do wody w celu upozorowania utonięcia. Sprawą zajmują się: przedstawiciel gdańskiej policji komisarz Cybulski oraz młody, ambitny, miejscowy policjant Michał Dej, który skrycie marzył o takiej zagadce kryminalnej jak ta. Zaczytując się w powieściach kryminalnych nie przewidział jednak, że primo: pierwszy trup NIE bywa najczęściej ostatni, secundo: zabójca musi znajdować się wśród miejscowych, a przecież tu się wszyscy znają! No chyba że jakiemuś turyście znudziły się kąpiele słoneczne i postanowił urozmaicić sobie urlop w nadmorskim kurorcie. Kiedy ginie kolejna osoba zrzędliwy, z lekka stetryczały były nauczyciel matematyki zagadka zaczyna się coraz bardziej gmatwać. Bo są już dwa trupy, których, z pozoru, nic nie łączy. Turystka i emerytowany belfer? I jak do tej dwójki ma się trup numer trzy? Sprawa idealna dla Poriota! którym, chcąc nie chcąc, stać się musi sierżant Michał. A jaki będzie wynik jego błyskotliwych przemyśleń i snucia teorii? Zadziwiający =) Zabójstwo z zazdrości, miłości, zaborczości czy z pobudek finansowych? Czy morderca jest jeden, czy jest ich więcej? Mała mieścina, omijana przez turystów spieszących do Krynicy Morskiej tudzież Stegny jeszcze nigdy nie była świadkiem takich wydarzeń.

Nie nadaremno rzucam aluzję do Agathy Christie, bo powieść Pani Bernat to właśnie polska wersja przygód bohaterów królowej kryminałów. Wielowątkowość, mnogość bohaterów pobocznych z rewelacyjnym rysem psychologicznym i subtelną charakterystyką. Akcja zakręca, zręcznie lawiruje miedzy śladami, podsuwa mylne rozwiązania i wprowadza czytelnika w maliny. Bo zakończenie jest po prostu oczywiste, a tym samym w pierwszej kolejności odrzucane.
Cóż za język, palce lizać! Obserwuję od pewnego czasu spadek jakości? i intelektualnej wartości? literatury polskiej. Niestety, wydawane są przeciętne pozycje w akompaniamencie doskonałej reklamy. A wielokrotnie zbywane są milczeniem pozycje naprawdę godne uwagi. Zważywszy na swobodny styl wypowiedzi, umiejętność posługiwania się takim zmyślnym środkiem stylistycznym jakim jest  retardacja oraz niewymuszone, pełne realizmu sytuacje, dialogi i charakterystyka postaci sprawiają, że Zbrodnie w Nickelswalde w moim mniemaniu są doskonałym kryminałem, na bardzo wysokim poziomie. Wiernie odtworzony klimat PRL-u, jakby czas w niektórych miejscach Mikoszewa stanął w miejscu. Autorka z ogromną dozą komizmu i z przymrużeniem oka zaprasza nas do speluniastych, starodawnych lokali, tfu! jadłodajni, z kraciastymi obrusami, paskudnym espresso, tfu! mocną, fusiastą kawą i śmierdzącymi toaletami tfu! wychodkami, które przyprawiłyby kontrolę sanitarną o palpitacje tudzież zejście na zawał=) Ale! Ale! Nie tylko lekko zacofane lokale w Mikoszewie! Bo i plaża i turyści i nowo powstałe ośrodki wczasowe, albo, jak kto woli, wille ze spa =)
Nie brak w kryminale Pani Agnieszki minusów, aż tak pastelowo kolorowo to nie ma;) zbyt częste odwoływanie się do popularnych w Polsce celebrytów (np.: nosił się jak Jacykow, Janiak) co prawda dawały przejrzysty obraz danej postaci, ale takich odniesień było zbyt wiele. 

Słowem podsumowania jestem absolutnie zachwycona=) w trakcie tegorocznego urlopu do mojej ukochanej Krynicy Morskiej nie omieszkam zarezerwować jednego dnia na spacer po mikoszewskich uliczkach =)



Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

środa, 15 lutego 2017

Kukła i inne opowieści terapeutyczne. Lucyna Mijas [Izabelka]

TYTUŁKukła i inne opowieści terapeutyczne
AUTOR: Lucyna Mijas
WYDAWNICTWO: Novae Res
GATUNEK: terapeutyczne bajki dla dorosłych

Zdjęcie autorskie Izabelka

Czy recenzja może składać się z samych pytań?

Chcecie się przekonać?

Czy wszystkie nowości są godne naszej uwagi?
Czy bajki dla dorosłych mają rację bytu?
Czy przez historie czy inne opowieści terapeutyczne można komuś pomóc?
Czy mieszka jeszcze w nas dziecko, które uwielbiało baśnie?

Czy 10 niewielkich opowieści, w których występują zwierzęta albo rośliny mogą pomóc człowiekowi?
Czy niedużych rozmiarów książeczka może spowodować duże zmiany w postrzeganiu swoich problemów?

Czy w opowieści Pajęcza sieć ofiarą jest mucha uwięziona w pajęczynie?
A w bajce Mały: kto komu tak naprawdę pomaga: potężny dąb czy młody klon?
Czy w opowieści Pan Burza to burza jest straszna?
Czy Smok w bajce Smoczysko da się oswoić?
Czy szary osioł w opowieści Szary wypada bezbarwnie na tle pięknego źrebaka?
Czy kukłę w Kukle przestanie boleć?
Czy W kurniku Pani Kogutowa będzie szczęśliwa?
Czy Różyczka tylko mnie się kojarzy z Różą z "Małego księcia"?
Czy Sufit może pomóc?
Czy Szmacianka zasługuje na nowe życie?

Czy można pisać o emocjach w piękny sposób?

Czy wystarczy niewiele słów aby powiedzieć naprawdę wiele?

Czy można napisać książkę, która nie chce wyjść czytelnikowi z głowy ?

Czy udało się autorce napisać taką lekturę do której chce się wracać i wracać?

Czy będę chciała się rozstać z "Kukłą"?

Czy ta pozycja pomogła mi uporać się z moją traumą po pożarze?

Czy na tę niewielką książeczkę trafiłam przypadkiem czy to ona mnie odszukała idealnie trafiając w czas i miejsce?

Czy książka może zostać przyjacielem i powiernikiem?

Czy chcecie znać odpowiedzi?

Czy udało mi się Was przekonać?

Czy sięgniecie po tę książkę?

Zdjęcie autorskie Izabelka

Schronienie. Harlan Coben [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Schronienie
AUTOR: Harlan Coben
WYDAWNICTWO: Albatros
GATUNEK: Kryminał

 
Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik
 
Mickey ma, mówiąc kolokwialnie, przerąbane. Jego tata Brad zginął w wypadku samochodowym, mama przeszła załamanie nerwowe i trafiła do ośrodka odwykowego dla narkomanów, on sam zmienił szkołę i zamieszkał u wujka  Myrona Bolitara. Na domiar złego jego dziewczyna Ashley znika. Po prostu pewnego dnia nie przychodzi do szkoły. Bez pożegnania, bez informacji, jak kamień w wodę. Mickey podejrzewa, ze została uprowadzona. Wraz z nowo poznanymi "ziomkami" Emą i Łyżką postanawiają rozwiązać tajemniczą sprawę zniknięcia nastolatki.
Prawdziwą wisienką na torcie kłopotów i komplikacji jest zdanie "Twój ojciec nie umarł, on nadal żyje" wypowiedziane przez zdziwaczałą staruszkę zwaną Nietoperzycą. Kobieta rozpala w chłopaku nadzieję: mimo tego, że widział wypadek , ba!, sam w nim uczestniczył, widział bezwładne ciało taty niesione przez sanitariuszy na noszach i odwiedził grób taty  istnieje cień szansy, że Brad żyje.
W toku śledztwa Mickey wraz z Emą i Łyżką trafiają na coraz dziwniejsze fakty, które łączą się, dopełniają i, co dziwne,  sięgają czasów Holocaustu... Co wspólnego ma śmierć taty, zaginięcie Ashley i obóz koncentracyjny Auschwitz?

Zapomniałam za co ja tak lubię Cobena. Schronienie mi to  przypomniało, bo jest to lekki kryminał, napisany swobodnym, młodzieżowym językiem. Coben ma dar lekkiego pióra. I chociaż zwroty akcji są totalnie nierealne;) i tak czytało (w moim przypadku słuchało) się z przyjemnością. Bardzo ciekawa charakterystyka postaci. Oryginalna Ema, dziwaczny Łyżka, eteryczna Ashley oraz twardziel, obrońca uciśnionych  Mickey.
Bardzo ciekawym zabiegiem było wprowadzenie w fabułę tematu Holocaustu, obozów koncentracyjnych i rozwinięciu kilku innych kwestii, których zdradzenie byłoby spojlerem.

Schronienie otwiera cykl Mickey Bolitar, zakończenie zwiastuje rewelacje w kolejnych tomach, dlatego z pewnością sięgnę po kontynuację, aby przekonać się, jaki będzie finał nierozwiązanych w tym tomie wątków.

Lubie Cobena =) nie jestem zagorzałą fanką mdlejącą na widok premiery kolejnej książki, machającą z podniety stanikiem, ale z pewnością Coben należy do Autorów, których twórczość należy poznać.

wtorek, 14 lutego 2017

Ja i inni wariaci. Zuzanna Korońska [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Ja i inni wariaci (czyli jak popadłam w obłęd)
AUTOR: Zuzanna Korońska
WYDAWNICTWO: Edipresse Książki
GATUNEK: Pamiętnik/Powieść obyczajowa

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

Niech nie zwiedzie Was pastelowa i cukierkowa okładka. Niech nie zwiedzie Was lekko komiczny tytuł. I w końcu niech nie zwiedzie Was opis, że to książka o małżeństwie, miłości i zdradzie. Ja i inni wariaci to biograficzny zapis Zuzanny, u której zdiagnozowano chorobę afektywną dwubiegunową.

Jak to jest mieć urojenia? To uczucia niepokoju i pewności, że najbliższa ci osoba spiskuje, by pozbawić cię czegoś najcenniejszego. To pewność, że jesteś zagrożona. A do tego dochodzą halucynacje, widzisz na talerzu ze śniadaniem robaki albo zęby. Patrzy na ciebie gniazdko elektryczne. Bułka ma twarz. I choć resztka twojej gasnącej świadomości wie, że to nie tak, że to tylko bułka i gniazdko, większość ciebie wpada w panikę i zaczyna się trząść.

Zuzanna to kobieta sukcesu. Kursy, praca, szkolenia, pokonywanie własnych słabości, realizacja planów, spełnianie marzeń, nauka języków obcych, życie na pełnych obrotach, non stop na piątym/szóstym biegu. Zuzanna zawsze brała z życia pełnymi garściami. W jej świecie brak jest miejsca na nudę, jednostajny rytm dnia, brak wzlotów, letarg.


Unikać stresów. Zrytmizować życie. Coś, czego nigdy nie znosiłam.


Nagle w życie Zuzanny wypełnione nieskończoną ilością barw wdziera się szarość. Coraz częściej dopada ją obniżenie nastroju, stany apatii, bezradności i bezruchu występujące na przemian ze stanem euforycznym oraz wzmożoną aktywnością fizyczną i psychiczną. Terapeuta sugeruje, aby jej zdrowiu psychicznemu przyjrzał się specjalista psychiatra. Diagnoza jest jednoznaczna: wszelkie symptomy wskazują na to, że Zuzanna cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową. Zuzanna jest pewna, że ma na tyle silną psychikę, że sugerowana kuracja farmakologiczna jest zbędna. Rzuca się w wir pracy, bierze udział w castingu na główną rolę w sztuce teatralnej. Tam poznaje Młodego... Rodzi się miedzy nimi romans. I równia pochyła w stronę depresji... Fatalne zauroczenie czy epizod choroby psychicznej? Namiętność czy wynik zmian w psychice? Miłość czy obsesja niebezpiecznie balansująca na granicy obłędu.

Oficjalnie zostaję więc wciągnięta na listę osób PSYCHICZNIE CHORYCH. Spełnił się mój największy lęk. Teraz przez resztę życia mogę się już tylko relaksować.

Zuzanna trafia do szpitala psychiatrycznego na terapię. Ja i inni wariacji to zapis jej spostrzeżeń, przemyśleń i bardzo realny obraz tego, co dzieje się w jej głowie...

I oto jestem, jestem w dwóch, a może nawet w trzech osobach; zdiagnozowana jako mieszany epizod choroby dwubiegunowej. Pierwsza ja chce umrzeć [...]. Druga ja chce uciec [...]. Trzecia ja bardzo potrzebuje pomocy, opieki, boi się i jest smutna [...]

Książka pogruchotała moje wnętrze. Skorygowała wizję prawdziwej miłości. Bo to, jaką postawę przyjął Darek, co był w stanie zaakceptować, jak wspierał, pomagał i wierzył w efekty terapii Zuzanny jest pełne podziwu. A ostatnie strony książki to prawdziwy nokaut, z wizytą na oddziale intensywnej terapii... Od tej książki naprawdę nie sposób się oderwać.

Ja i inni wariaci to zapiski Zuzanny, zapiski Darka, listy, wiersze, nawet kilka rysunków z arteterapii, które kreślą obraz ludzi uwikłanych w znamienny w skutkach trójkąt miłosny. Pojawiające się epizody choroby są łatwo dostrzegalne nie tylko dla obeznanego z tematem czytelnika. Dla ludzi, którzy nigdy nie mieli styczności z tego typu chorobą, nie znających definicji "afektywna choroba dwubiegunowa" książka jest idealnym jej zobrazowaniem. Bardziej klarownego i wyrazistego obrazu choroby dwubiegunowej chyba nie da się wykreować. Pomimo trudnego tematu, Autorka pisze w sposób swobodny, z nutą czarnego humoru i autoironii. Bo nie ma lepszego sposobu na opowiedzenie smutnej historii niż przedstawienie jej jako czarną komedię. Lektura zwraca także uwagę na to, jak bardzo choroba psychiczna danej osoby wpływa na zdrowie fizyczne i psychiczne jej rodziny. Choroba Zuzanny odbiła się na stanie zdrowia jej męża Darka, wypełniła jego dni, jego życie, zmieniła priorytety. Walka jaką toczyła Zuzanna z samą sobą z myślami samobójczymi, z demonami drzemiącymi w jej wnętrzu dogłębnie mną wstrząsnęła. Człowiek nie zdaje sobie sprawy,  z tego, że  cierpienia psychiczne potrafią wyniszczyć i zdewastować życie, potrafią ranić i nierzadko boleć mocniej niż cierpienia fizyczne.

Najbardziej wzrusza to, że Darek tak bardzo walczył o Zuzannę, podporządkował cale swoje życie, wyzbył się uprzedzeń, przekroczył granice, a list do Darka od Zuzanny pojawił się dopiero 27 dnia leczenia. Poraniony, znokautowany umysł Zuzanny wyglądający jak "twarz boksera po 12 rundach" był w stanie pielęgnować piękne chwile z kochankiem, z Młodym, pomijając prawdziwa miłość życia Darka.

Kiedy to piszę, przypominam sobie moje urojenia; te gadające szczotki, belki, płyny, noże i wiem, że zdrowa NIE BYŁAM, a fakt, że mam aktualnie tak namieszane w głowie, wskazuje na to, że zdrowa NIE JESTEM.

Czy jest to książka o miłości? Po trosze tak bo nie ma innego słowa, które motywuje Darka do działania i daje mu energię, aby wierzyć, aby być, trwać i aby pomagać. Ale jest to także książka o bólu i chorobie, która trawi umysł, dewastuje wnętrze i niszczy. Czy da się zahamować tragiczny w skutkach rozwój choroby? Czy Darek i Zuzanna mają szanse odbudować to, co z taką pasją i zaangażowaniem pielęgnowali przez wiele lat małżeństwa? Czy Zuzanna zrozumie, że zauroczenie i niezdrowa relacja z Młodym nie ma racji bytu?

Przepiękna i bardzo smutna historia. Po stokroć polecam!

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

poniedziałek, 13 lutego 2017

Sercem byliśmy wielcy. Yehuda Koren, Eilat Negev [Izabelka]

TYTUŁ: Sercem byliśmy wielcy
AUTOR: Yehuda Koren, Eilat Negev 
WYDAWNICTWO: Videograf II
GATUNEK: dokument/wspomnienia

Zdjecie autoskie Izabelka

Zacznę od wyjaśnienia. Książka ta została wydana dwukrotnie przez to samo wydawnictwo pod dwoma różnymi tytułami: "Sercem byliśmy wielcy" i "Kukiełki doktora Mengele". Dlaczego? Nie udało mi się odnaleźć odpowiedzi na to pytanie.

Pozycja ta, jak każda, która jest zapisem wspomnień wojennego okresu jest wstrząsająca. Dokument ten powstał na podstawie rozmów jakie przeprowadzili autorzy z ostatnią z rodu Ovitz - Perlą.

Perla Ovitz pochodziła z niezwykłej rodziny. Bardzo wyróżniającej się. Dlaczego? 
Byli żydowską rodziną zamieszkującą wioskę Rozavlea w Transylwanii. Ojciec, Szymszon, był karłem, a jego obie żony, Brana i Batja, były normalnego wzrostu. Pan Ovitz doczekał się w sumie z obu związków dziesięciorga dzieci. Podkreślam. Dziesięciorga! A tylko trójka z nich miała wzrost po matce. Reszta była karłami. Jak łatwo policzyć: siedmioro karłów... jak siedmiu krasnoludków z bajki o Śnieżce. Sama Perla używała takiego określenia: mówiła, że krasnoludki miały swoją Śnieżkę, a oni mieli swojego Mengele. Porównanie może i straszne, ale prawdziwe.

Historia zaczyna się w 1869 roku kiedy na świat przychodzi Szymszon Ovitz. Jako jedyny z piątki rodzeństwa jest karłem. Wie, że jest inny i że musi sobie radzić. Lekko nie jest: żyje w XIX wieku w zapadłej górskiej wiosce. Udaje mu się znaleźć żonę: Brana jest "normalnego wzrostu", ale rodzi 2 karlice: Rosikę i Franciszkę. I młodo umiera. Szymszon zostaje z dwójką małych dzieci i postanawia szybko się ożenić. Z Batją ma 8 dzieci: Avram, Frida, Sara, Miki, Lea, Elżbieta, Ariel i Perla.

Niezwykłość rodziny to nie tylko wzrost i wyznanie. Ovitzowie są wyjątkowi pod wieloma innymi względami: są bardzo muzykalni, grają na wielu instrumentach, śpiewają, tańczą i znają po kilka języków. Tworzą rodzinny zespół zwany "Trupą Liliputów". Są zaradni, uśmiechnięci, pracowici, otwarci na ludzi, pomimo swego kalectwa. Bardzo dbają o swój wygląd estradowy. Siostry szyją sceniczne kreacje, a panowie piszą teksty piosenek i skeczy. Dzięki swoim licznym umiejętnościom zwiedzają dużą część Europy, są chętnie zapraszani do dużych sal jak i na kameralne przyjęcia. Dobrze im się wiedzie. Jako pierwsi w wiosce mają samochód. Oglądać go przychodzą całe procesie mieszkańców Rozavlea.

Przychodzi rok 1939. Zaczyna się niespokojny czas. Ale Ovitzowie jakoś sobie radzą. Dalej koncertują.
Aż w maju 1944 roku trafiają do Auchwitz. Wprost pod skrzydła Doktora Mengele. "Anioł Śmierci" jest zafascynowany rodziną Ovitzów. Nie dość, że Żydzi, to jeszcze karły. Wspaniały "materiał" do badań. Umieszcza całą rodzinę w osobnych barakach. Nie każe im golić głów ani nosić pasiaków. 
Podaje ich ciągłym "badaniom" i pomiarom. Funduje im piekło na ziemi. Nie będę tu opisywać działań Mengele. Wszystko dokładnie opisane jest w książce. Bardzo dokładnie...

"Żyd nie może się uwolnić od swoich korzeni, tak jak i karzeł nie może zmienić swojego wzrostu".

Rok 1945, rok wyzwolenia obozu, nie przynosi dobrych dni. Wracają do rodzinnej wioski, ale nie mają tam czego szukać. Sąsiedzi są im nieprzychylni. I jak wielu ocaleńców wyruszają w podróż po Europie w poszukiwaniu swego miejsca na ziemi. Osiedlają się w Izraelu.
W powojennym świecie różnie im się wiedzie. Ale ich pracowitość i zaradność zdecydowanie im pomaga. 
W 1955 roku kończą karierę estradową i kupują kino. 

Jak przyznaje Perla Ovitz: przeżyli piekło wojny tylko dzięki temu, że trzymali się razem. 
Przetrwali wszyscy członkowie rodziny, co w świetle działań wojennych wydaje się niezwykłe.
Historia rodziny Ovitzów jest wzruszająca i niewiarygodnie barwna. Ale sama książka na kolana nie rzuca. Trochę nieporadnie napisana i aż się prosi o piękne opowiedzenie tej historii.
Nie wzbudziła we mnie wielkich emocji, ale i tak trudno było mi się oderwać od czytania.
Już oczami wyobraźni widziałam ekranizację tej książki. Byłby cudowny film.

I jeszcze jedno zasługuje na uwagę: siła miłości, rodzinne wsparcie, optymizm.
I tak sobie myślę, że główną bohaterką nie jest Perla ani jej rodzina.
Główną bohaterką jest MIŁOŚĆ. 
Uczucie, które potrafi wszystko przetrwać. Nawet piekło na ziemi...

Pomimo moich uwag bardzo polecam.