Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naziści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naziści. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ostatni pociąg do Paryża. Michele Zackheim [Izabelka]

TYTUŁ: Ostatni pociąg do Paryża
AUTOR: Michele Zackheim
WYDAWNICTWO: Dom wydawniczy PWN Sp. z o.o.
GATUNEK: powieść obyczajowo-historyczna
Zdjęcie autorskie Izabelka



Przedstawiam Wam dziś książkę, która ma szansę na tytuł "Zaskoczenie roku". Dlaczego? Bo spodziewałam się kolejnej powieści o zakazanej miłości w czasie wojny, a dostałam... no właśnie co?
Dziś o tym, że literatura z "półki wojennej" potrafi mnie jeszcze zadziwić...

To moje pierwsze spotkanie z autorką. W Polsce została wydana tylko ta jedna jej książka, choć napisała ich kilka, jak chociażby "Córka Einsteina", którą z chęcią bym też przeczytała. Czekam na polską premierę.
Autorka to pisarka urodzona w 1941 roku w Nevadzie. Oprócz pisania realizuje się w dziedzinie sztuk plastycznych. To jest, jak dla mnie, ważna informacja. 

Tak, wiem. Powtórzę się. Na odbiór każdej lektury ma wpływ wiele czynników. Pierwsze co zwraca uwagę czytelnika to okładka. Ta bardzo mi przypadła do gustu. Klimatyczna i wspaniale oddaje treść.

Na jednej z pierwszych stron Pani Michele napisała, że historia przedstawiona na kartach jej powieści jest oparta na faktach. 
"W roku 1937 roku w Paryżu niemiecki obywatel, niejaki Eugen Weidmann, uprowadził moją daleką kuzynkę".
Choć, przyznaje też, że niektóre postacie są tworem jej wyobraźni.
I to też lubię w powieściach: połączenie faktów z kreatywnością autora.

Samą historię można przedstawić w kilku zdaniach. Lata 30 XX wieku. Amerykańska reporterka, Rose Manon, dostaje oddelegowana do Paryża jako korespondentka zagraniczna. A ponieważ świetnie sobie radzi, szef redakcji wysyła ją do Berlina. Przypominam tylko, że to ten czas kiedy to Pan Hitler dochodzi do władzy. I może nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że Rose jest pół-Żydówką. Choć w amerykańskim paszporcie nie ma o tym mowy...  W Berlinie poznaje Leona. Chłopak jest grawerem i "pracuje" dla nazistów. Między młodymi rodzi się uczucie...
I zaraz usłyszę: O, historia jakich wiele!
I tutaj muszę się NIE zgodzić.

Koleje losu przedstawione są z perspektywy osiemdziesięciosiedmioletniej Rose, która w 1992 roku, w wyniku likwidacji redakcji, dla której pracowała, dostaje z powrotem kufer ze swoimi tekstami i pamiątkami. I wtedy odżywiają wspomnienia. Panna Manon opowiada o wydarzeniach swojego życia wplatając uwagi i refleksje, które jej się nasuwają pod koniec tak długiego i ciekawego żywota. 
Porównuje wiele zdarzeń, rozmyśla nad swoim ziemskim czasem próbując je podsumować, zastanawia się nad swymi wyborami i tęskni za Leonem. Trochę nostalgicznie, ale bez przesady. Refleksyjnie.

Sam romans, bo chyba tak można nazwać tę znajomość, przedstawiony jest niezbyt szczegółowo, co mnie akurat odpowiadało. On Żyd, ona pół-Żydówka, Berlin, lata trzydzieste XX wieku. No nie mogło być sielsko i spokojnie. Szczególnie, że Leon skrywa tajemnicę, od której zależy życie wielu osób. Jak dla mnie, miłości w sam raz.

Kolejny element tej powieści na który zwróciłam uwagę, to sposób w jaki autorka przedstawiła nastroje w Europie w przededniu wojny. Opisy STRACHU są wręcz namacalne. Sposoby działania nazistów, zachowania cywilów wobec żydowskich sąsiadów ( i nie ważne czy francuskich czy niemieckich), polityka Hitlera, opisy wydarzeń po wprowadzeniu ustaw norymberskich, różne postawy samych Żydów wobec niemieckiej polityki, zastraszanie, przemoc, niedowierzanie. To wszystko niby jest mi znane z innych pozycji. Ale ta wyróżnia się tym, że są to obserwacje kobiety, która nie jest Europejką. Nie ma doświadczeń i nie jest przesiąknięta kulturą Starego Kontynentu. Ma zupełnie inne podejście do wielu spraw. Czytałam z zaciekawieniem.

Zwróciłam też uwagę na to, że Rose porównuje krajobrazy widziane z okien pociągu. Bo przecież jako korespondentka zagraniczna, a później wojenna, dużo podróżuje po Europie. Zachwyca się zielenią, widokami, kulturą i zestawia je z krajobrazami znanymi z Nevady. Trochę inne spojrzenie na tak dobrze znane nam tereny. Tak, to zdecydowanie ciekawy zabieg.

No i same fakty dotyczące porwania i procesu. Zainteresowanie mediów całą sprawą, proces sądowy i wykonanie wyroku ciekawie przedstawione. Jedzenie, picie i palenie podczas rozprawy... Nie mogę napisać nic więcej, gdyż musiałabym zdradzić istotne wątki fabuły. A tego bardzo nie chcę zrobić. Taki ładny kawałek historii francuskiego prawodawstwa.

I na koniec jeszcze dwie kwestie na które zwróciłam uwagę.
Relacje pomiędzy członkami rodziny Rose. Matka, która była bardzo egocentryczna. Wzbudzała we mnie same negatywne uczucia. Zimna i oschła ....brrr... I ojciec, który milcząco się na wszystko zgadzał. I dalsza rodzina, która się odcięła, bo...
To jak została przedstawiona praca amerykańskiej korespondentki w Europie bardzo mi przypadło do gustu. Nie zawsze było ciepło i wygodnie. I te ciągłe podróże, to ciągłe uczucie niepewności. Zdecydowanie interesująco pokazane.


"Ostatni pociąg do Paryża" to nie jest najlepsza książka o drugiej wojnie światowej jaką czytałam. I nie rzuca na kolana. Ale mnie się spodobała z tych kilku powodów o których pisałam wcześniej.
I dlatego polecam.

Zdjęcie autorskie Izabelka

czwartek, 20 kwietnia 2017

Krzyżyk niespodziany. Czas goralenvolk. Bartłomiej Kuraś, Paweł Smoleński [Izabelka]

TYTUŁ: Krzyżyk niespodziany. Czas Goralenvolk
AUTOR:  Bartłomiej Kuraś, Paweł Smoleński
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Czarne
GATUNEK: polska literatura współczesna
Zdjęcie autorskie Izabelka


Goralenvolk. Trudne słowo i trudny temat. 

Wydawnictwo Czarne pięknie wydało tę pozycję. Twarda oprawa, miła w dotyku okładka, piękne zdjęcie na okładce (jakkolwiek by do nie zabrzmiało), ciekawe fotografie pośród treści, no i ta treść...

Zaczęłam od tego co pierwsze rzuciło mi się w oczy, kiedy otworzyłam paczkę z przesyłką. Jakość wydania. Pierwszy plus.
Z obwoluty dowiedziałam się, że autorzy: Bartłomiej Kuraś to pisarz i dziennikarz urodzony w rodzinie góralskiej i zawodowo związany z tematyką Tatr i Podhala; Paweł Smoleński to reporter i publicysta. Dlaczego o tym piszę? Mnie się to wydaje istotne, gdyż ja, w trakcie czytania, poczułam i miłość do gór, i fachową rękę reportera.
Panowie wykonali kawał dobrej roboty. Treść przedstawiona jasno i klarownie, mnóstwo faktów, dat, nazwisk, cytatów. I jeszcze raz to podkreślę: dużo świetnych zdjęć, które dodają książce "smaczku". Albo ja po prostu lubię, kiedy w książce jest fotografika...

A jeśli chodzi o temat... 
Przyznam się szczerze, że pierwszy raz z tym tematem spotkałam się w książce "Śleboda" Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. Nie przypominam sobie wcale faktu, aby ten temat był poruszany w szkole. Ale cóż się dziwić... Przecież ja zaczynałam edukacje w poprzednim ustroju politycznym, a kończyłam w XXI wieku. 
Goralenvolk to wstydliwa plama na historii naszego kraju. Przykład na to, że Polacy kolaborowali z Niemcami.

"Pomysł, że podhalańscy górale to w istocie Germanie rozpuszczeni w słowiańskim żywiole, był popularny wśród niemieckich naukowców przed II wojną światową".

Górale dostali kenkarty z literką "G".

"Na podstawie zachowanych dokumentów przeważa opinia, że karty "G" przyjęło osiemnaście-dwadzieścia procent mieszkańców Podhala, czyli około dwudziestu siedmiu tysięcy osób".

"Do dzisiaj trwa spór: czy było to raptem dwadzieścia siedem tysięcy, czy aż?".

Autorom udało się zachować bezstronność. Przedstawili temat bez oceniania, wysłuchując głosów z różnych stron. Opinię pozostawili czytelnikowi.
Pięknym podsumowaniem tych faktów historycznych jest zdanie księdza Mieczysława:

"Najważniejsze, żeby pamiętać, że wtedy nic nie było proste. Nie ma jednej miary, nawet dla tych samych uczynków. Nie ma jednej odpowiedzialności".

Wszystkich, których interesuje ta tematyka, zachęcam do sięgnięcia po książkę.
Mocno polecam.
Zdjęcie autorskie Izabelka

sobota, 11 marca 2017

Zamordować dziecko. Violetta Domagała [Izabelka]

TYTUŁ: Zamordować dziecko
AUTOR: Violetta Domagała
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Novae Res
GATUNEK: powieść historyczna
EGZEMPLARZ RECENZENCKI dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res
Zdjęcie autorskie Izabelka

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

I ja mam uwierzyć, że to jest debiut? Nie ma mowy! Myślę, że autorka ma pełne biurko wypełnione swoimi tekstami, a ta jest tą ostatnio napisaną, najlepiej dopracowaną. Myślcie co chcecie! 

Ostatnio mam szczęście do "chusteczkowych książek". Określenie to wymyśliłam sobie dla lektur, których nie da się czytać bez chusteczek. "Kolonia Marusia", "Zagubione godziny", "Ostatnie lato", to książki ostatnio przeze mnie czytane do których musiałam mieć je w ilościach hurtowych.

Pisałam już o tym wielokrotnie i teraz się też powtórzę: na moją ocenę czytanej przeze mnie lektury wpływa wiele czynników. Nie tylko treść. Tu zaintrygował mnie tytuł: "Zamordować dziecko". Dla mnie, matki, ciężki temat. A po otworzeniu powieści na pierwszej stronie rzucił się w oczy tekst: "Książka inspirowana prawdziwymi wydarzeniami". Prawdziwymi??? Na okładce czytamy: "W nazistowskim obozie dla kobiet Gizela - Żydówka na której naziści wykonują eksperymenty, rodzi dziecko". I ja miałabym przejść obok takiej książki obojętnie? Jeszcze nie zaczęłam czytać, a już mi wyobraźnia wskoczyła na wyższe obroty.

Akcja dzieje się w trzech warstwach czasowych: 1943 rok w Auschwitz, lata 1554/1555 w Poznaniu i rok 1988 na Uniwersytecie Jagielońskim. Najbardziej rozległa jest ta część o szesnastowiecznej Polsce. I, wbrew temu co myślałam zaczynając czytać, najbardziej przejmująca.

Autorka od pierwszych stron nie oszczędza czytelnika. Od razu "wali z grubej rury". Zaglądamy do Auschwitz. Rok 1943, styczeń. Młoda Żydówka, "materiał" do nieludzkich eksperymentów, rodzi dziecko. Przy porodzie pomaga Daniela. Zgłosiła się do pracy w obozowym szpitalu, choć tak naprawdę nie jest pielęgniarką, a historykiem. I to właśnie Daniela przekonuje położnicę do tego, aby ZAMORDOWAĆ DZIECKO. Wywiązuje się dyskusja między kobietami. Co tam dyskusja! Prawdziwa wojna na argumenty. Na temat Boga, wiary, miłości...
Jaki jest wynik tej rozmowy? Czy dziecko przeżyje? Nie napiszę...
Daniela zostaje z pierworódką na noc. I opowiada jej historię innej kobiety. Bardzo dramatyczną i wzruszającą.
I w tym momencie wkraczamy na szesnastowieczną ziemię poznańską. Poznajemy Mikołaja Kołodzieja, mieszkańca wsi Turwia, męża Reginy, ojca 5 córek. Człowieka, który za nic ma kobiety. Osobnika chamskiego, gburowatego i bez grosza empatii. Żoną poniewiera na każdym kroku gdyż nie może mu urodzić dziedzica. Regina jest w szóstej ciąży i Mikołaj ma nadzieję, że teraz dostanie upragnionego syna. Niestety, znów córka. "Na szczęście", jak to powiedział Kołodziej, martwa.
Najstarsza córka, Elżbieta nie może pogodzić się ze śmiercią siostrzyczki, a śmierć matki jeszcze bardziej utwierdza ją w przekonaniu, że ojciec jest okrutnym człowiekiem. Zabiera rodzeństwo do siostry matki, a sama udaje się na służbę do dworu dziedzica Słupskiego. I tam spotyka ją nieszczęście, które będzie powodem jej zguby...
Rok później Elżbieta stanie przed sądem. Czytałam z niedowierzaniem. Joanna Chyłka z książek Remigiusza Mroza ze zdziwienia by nie wyszła. Sędzią jest wójt Poznania. Czyli władza wykonawcza i sądownicza w jednej osobie. Ups! Na stole sędziowskim gorzałka w dzbanie bez dna. Ups! Ławnicy niepiśmienni. Ups! "Badanie" oskarżonej przez znachorkę w obecności wszystkich członków procesu. Ups! "Przesłuchanie" Elżbiety za pomocą narzędzi kata. Ups! Nie znajduję słów.
Wyrok dla mnie nie do przyjęcia. Łykałam łzy.
I wracamy do Auschwitz. Bez chusteczek się nie obejdzie.
A zdarzenia w 1988 roku... No cóż. Nie powiem.
Zakończenie zaskakujące. I otwarte. Nie jestem pewna czy wszyscy czytelnicy odbiorą je tak samo. Skłania do myślenia.
Powtórzę to raz jeszcze: nie mogę uwierzyć, że to debiut. Autorka przedstawiła niesamowitą historię. Tak do połowy książki miałam wrażenie, że autorka kładzie podwaliny pod coś wielkiego. Dużo opisów tworzących klimat, budowanie napięcia, granie na emocjach. A później to już czytanie na jednym wdechu. Nie mogłam się oderwać.
Mnie się wiele rzeczy podobało: opisy jarmarku w Poznaniu, pokazanie zwykłych dni na wsi, przedstawienie procesu sądowego, sposób działania kata miejskiego.
I do tego sposób narracji. Przepiękny język i styl wypowiedzi. Autorka używa jednego z moich ulubionych słów: "jednakowoż". I tak jak w książce "Meandry losu" przepięknie skonstruowane zdania. Bardzo wielokrotnie złożone czyli takie jak lubię.

Pozostało mi tylko czekanie na kolejną książkę autorki...

Polecam gorąco!


Zdjęcie autorskie Izabelka

wtorek, 27 grudnia 2016

Córka piekarza. Sarah McCoy [Izabelka]

TYTUŁ: Córka piekarza.
AUTOR: Sarah McCoy 
WYDAWNICTWO: Świat Książki
GATUNEK: powieść obyczajowa

Zdjęcie autorskie Izabelka

To jest ten rodzaj książki, który lubię najbardziej: historia toczy się dwutorowo, jest druga wojna światowa, naziści, Żydzi, nieszczęśliwa miłość. Dla mnie to takie połączenie "Złodziejki książek" Markusa Zusaka i "To, co zostało" Jodi Picoult.
Z tą pierwszą pozycją łączy się tematyka poruszająca życie niemieckich cywilów w czasie wojny, a z drugą - zamiłowanie do wypieków i pokazanie życia piekarni od kuchni. Piszę o tym, bo tak jakoś mi się skojarzyło.

Wątek, że tak go określę, wojenny rozgrywa się w niemieckim miasteczku Garmisch w latach 1944-1945. Poznajemy Lisę Schmidt, której rodzice prowadzą piekarnię. Muszą sobie radzić z brakiem... wszystkiego. Ciekawie pokazane postawy Niemców: matka Lisy bardzo nieufna wobec nazistów, ojciec wręcz zachwycony ideologią Hitlera. I ta ich wiara w ideę ośrodków Lebensborn, kiedy wysyłają tam ciężarną siostrę Lisy wprost zadziwiająca. I wielkie zaskoczenie, kiedy wkraczają Amerykanie. Bo nagle okazują się zupełnie innymi ludźmi niż to pokazywała propaganda niemiecka. I przeżywają szok, kiedy okazuje się, że w ośrodkach Lebensborn miały miejsce zdarzenia, o których nie mieli pojęcia. Tak, to zdecydowanie mi się bardzo podobało: ta zmiana myślenia wraz ze zmianą sytuacji na froncie. 
Wątek amerykański rozgrywa się w roku 2007 w El Paso w stanie Teksas. Reba Adams zbiera materiały do felietonu dla lokalnej gazety. Trafia do piekarni Lisy, dziś już kobiety wiekowej, ale wciąż aktywnie uczestniczącej w życiu swojej piekarni. 
Tu akurat podobało mi się pokazanie problemu meksykańskich emigrantów. Partner Reby pracuje w Straży Celnej i Granicznej Stanów Zjednoczonych. Jednak z czasem przechodzi on metamorfozę pod wpływem wielu zdarzeń. To jak zmienia się związek Reby i Rikiego też było ciekawie ujęte.
Tak w wielkim skrócie sama fabuła.
Zakończenie wycisnęło ze mnie łzy. Niby się takiego spodziewałam, ale jednak...
I miłym akcentem kończącym tę powieść była garść przepisów na pyszne wypieki rodziny Schmidtów.
Nie byłabym sobą gdybym nie znalazła jakiegoś ALE... Opowieść ciekawa, ale tak opowiedziana bez zacięcia i polotu. Dobrze i szybko mi się czytało, ale nie bardzo umiałam się wciągnąć w całą akcję. Autorce nie udało się stworzyć odpowiedniego klimatu do opisywanych zdarzeń. Jak dla mnie trochę zmarnowany potencjał, ale tylko trochę.
Polecam jednak.

Zdjęcie autorskie Izabelka

niedziela, 18 grudnia 2016

Czerń i purpura. Wojciech Dutka [Izabelka]

TYTUŁ: Czerń i purpura
AUTOR: Wojciech Dutka
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Albatros
GATUNEK: powieść historyczno/obyczajowa


Zdjęcie autorskie Izabelka

I kolejna piękna książka, która trafiła ostatnio w moje ręce. 
Chociaż piękna to niezbyt trafne określenie. Bardziej pasuje: szarpiąca emocje, poruszająca serce albo skłaniająca do zastanowienia się.
Powieść ta zachwyciła mnie z trzech powodów: bardzo dobra lekcja historii, niesamowicie ukazana historia dwojga bardzo różnych osób oraz przepięknie plastyczny język jakim jest to wszystko opowiedziane.
Książkę Dutki można rozpatrywać na dwóch płaszczyznach: historycznej i obyczajowej. Obie bardzo ciekawe. Ja jednak zacznę od historycznej. Wszak Dutka jest historykiem. I autorem pięciu powieści historycznych. 
W tej pozycji autor rewelacyjne przedstawił historię drugiej wojny światowej jak i lata tuż przed nią. Zrobił to tak, że pewnie niektóre osoby czytające nawet się nie zorientują, że w trakcje czytania są na lekcji historii. Powieść zaczyna się w 1938 roku na Słowacji i w Austrii. Poznajemy głównych bohaterów: Franza Weimerta i Milenę Zinger. Ona jest Słowaczką, on Austriakiem. Autor przedstawia życie tych osób na tle historii omawianego czasu. I tak wplata fakty historyczne takie jak Anschluss Austrii, noc kryształowa w Niemczech, aneksja Sudetów przez Hitlera, wprowadzanie ustaw norymberskich w życie. Autorowi udało się bardzo dobrze oddać nastroje panujące w Europie przed wybuchem drugiej wojny światowej. Dla mnie było naprawdę ciekawe poznać motywy, którymi kierowali się młodzi Austriacy kiedy wstępowali do SS.

"Esesman miał być nadczłowiekiem o wyjątkowych predyspozycjach ciała i ducha, czystym owocem eugenicznej myśli dzielącej ludzi na doskonałych i zarazem godnych życia i na tych, którzy nie byli tego życia warci."

I kiedy wybucha wojna Dutka dalej wspaniale prowadzi swoją lekcję historii. Kiedy Milena w 1942 roku trafia do Auschwitz autor rewelacyjne przedstawia historię obozu: budowa obozu i komór gazowych w Auschwitz-Birkenau, transporty Żydów z całej Europy: Słowacji, Niemiec, Austrii, Holandii, Belgi, Jugosławii, deportację Romów, uruchomienie krematoriów, bunt Sonderkommando. Poznajemy też "sławne" osoby takie jak Rudolf Hoess, Josef Mengele, ale też Edith Stein i Kazimierz Piechowski. 
Dutka także dość dokładnie i obrazowo przedstawił realia życia w obozie: strach, głód, brud, wycieńczenie. Tak od strony więźniów:

"Wszy to najmniejsi drapieżcy w łańcuchu pokarmowym Auschwitz. I te małe potwory nie były nawet w przybliżeniu tak straszne jak ludzie."


A od strony nazistów:

"Starsi esesmani wiedzieli coś o tym. Zabijali, ale mnóstwo pili. Przyszli do niego z papierosami i alkoholem. Beer powiedział: – Wykonałeś rozkaz. Spełniłeś obowiązek. Pierwsza śmierć jest tak potworna, że wyć się chce, ale potem ci przejdzie. Będziesz mógł dalej zabijać, ale w pamięci zostanie tylko ten pierwszy raz. Do zabijania można się przyzwyczaić".

Ale autor porusza także inne tematy. Tematy o których nie często czyta się w książkach o Auschwitz: rywalizacja pomiędzy więźniami, wykorzystywanie seksualne, homoseksualizm, wszechobecna korupcja, łapówkarstwo, pijaństwo i rozpasanie seksualne wśród esesmanów.

Płaszczyzna obyczajowa jest równie emocjonująca jak historyczna.
Milenę poznajemy jako utalentowaną muzycznie Słowaczkę pochodzącą z szanowanej żydowskiej rodziny. Jej życie się zmienia kiedy do władzy na Słowacji katolicki ksiądz Josef Tiso. Żydzi stają się obywatelami drugiej kategorii. Ale on taki dobry człowiek był...:

"Niemcy chcieli tysiąc pięćset marek za każdego Żyda, ale księdzu udało się wytargować tylko pięćset. Ale zapłacimy Niemcom dopiero po wszystkim, kiedy będziemy wiedzieli, ilu Żydów pojechało na roboty na wschód".

Franza spotykamy w Austrii. Nastolatek oddany rodzinie i Kościołowi. Nawet jest ministrantem. Lecz pod wpływem wielu wydarzeń wstępuję do Hiltlerjugend. A potem do SS. I właśnie na jednym ze szkoleń SS musi zastrzelić przyjaciela, który odmówił wykonania rozkazu.

"W tej chwili, kiedy wódka była mocna i po raz pierwszy w życiu naprawdę kurewsko dobrze mu smakowała, w sumieniu Franza Weimerta ścierało się dwu ludzi. Franz Weimert esesman, który zastrzelił swojego kolegę, i Franciszek ministrant. Żołnierz gardził ministrantem".

Od tego momentu rozpoczyna się przemiana Franza. 
Franz i Milena spotykają u bram piekła. Na rampie w Auschwitz. Chodź nic tego nie wróży, to esesman zakochuje się z czasem w Żydówce. Wyznaje jej miłość i chroni ją. Ona jest sparaliżowana strachem.
Nie będę opisywała dokładnie fabuły, bo chcę abyście sięgnęli po książkę. Bo naprawdę warto!
Przemiana Franza z bogobojnego ministranta w bezwzględnego zabójce pokazana bardzo ciekawie. Wątpliwości jakie targają Weimertem targają również czytelnikiem. Były momenty kiedy współczułam mu, ale i takie kiedy miałam ochotę chwycić za broń.
Autorowi udało się nie popaść w banał i kicz. Bo przecież nie on jeden opisywał już uczucie pomiędzy Żydówką a nazistą. Język jakim posługuje się Dutka jest bardzo plastyczny, a każde zdanie jest dopracowane i cudownie skonstruowane. Porównania i niektóre zwroty wbijają w fotel. Nic nie przytoczę. Czytajcie! A sposób w jaki przedstawia emocje, wrażenia, wątpliwości, przemyślenia bohaterów jest idealny do wyciskania łez. Zalecam do tej lektury chusteczki.

Ale mam jedno ALE: autor czasami wpada w pułapkę powtórzeń. Zwróciłam na to uwagę bo sama często w nią wpadam. I bardzo mnie wkurzało np kiedy opisując przedwojenne życie Mileny powtarzał w kółko: "ksiądz prezydent Josef Tiso". Przecież wystarczyło napisać "słowacki prezydent" albo "prezydent Tiso". I tak każdy czytelnik wiedziałby o kogo chodzi. A jeszcze znalazłabym kilka takich przypadków.

"Czerń i purpura" to niebanalna książka. Można powiedzieć, że rewelacyjna. Mnie skłoniła do wielu przemyśleń. I utwierdziła w przekonaniu, że nie każdy Niemiec jest zły, a każdy Żyd dobry. 

Polecam gorąco! Daje 10/10.


Zdjęcie autorskie Izabelka

poniedziałek, 31 października 2016

Ocalałem z Buchenwaldu. Flint Whitlock, Louis Gros [Izabelka]

TYTUŁ: Ocalałem z Buchenwaldu
AUTOR: Flint Whitlock, Louis Gros
WYDAWNICTWO: Replika
GATUNEK: dokument, historia
Zdjęcie autorskie Izabelka

Jak ja mam ocenić czyjeś wspomnienia?
Trudna sprawa. Skupię się na innych sprawach, równie ważnych.

Na początek trochę faktów:
Obóz w Buchenwaldzie został założony w lipcu 1937 roku i funkcjonował do 11 kwietnia 1945 roku jako niemiecki obóz koncentracyjny. W 1940 roku zostało otwarte pierwsze krematorium w obozie.
Loius Gros urodzony w 1924 roku trafia do Buchenwaldu w roku 1944 r. Łatwo policzyć: ma 20 lat. I całe życie przed sobą. A trafia  jak członek francuskiego ruchu oporu. Choć tylko roznosił ulotki.

Autor bardzo dokładnie opisuje podróż i pobyt w obozie. A także moment wyzwolenia przez Amerykanów. Opisuje fakty, ale też swoje emocje. Jak radość i niedowierzanie pomieszane z brakiem sił towarzyszyły mu w momencie opuszczania obozu. 
Opisy głodu, brudu, chorób, katorżniczej pracy są bardzo szczegółowe i wnikliwe.
Wielokrotnie łzy stawały mi w oczach. Ale nie dlatego, że autor użalał się nad sobą i swoim życiem, ale porażała mnie szczegółowość opisów i przedstawianych emocji.

Pięknym i jednocześnie przerażającym dodatkiem do książki są zdjęcia. Część pochodzi z archiwum autora, a część zrobił Flint Whitlock. Bo takie zestawienie zdjęć obozu z czasu jego działalności i z czasów współczesnych robi wrażenie. Dużo tych zdjęć... Robią wrażenie...
Jakość wydania tej książki mnie zachwyciła.

Jest to smutna pozycja. Do czego zdolni są ludzie? 
Ale też dająca nadzieję! Człowiek może znieść wiele! Tylko jaką cenę za to zapłaci?

Polecam.

niedziela, 30 października 2016

Doktorzy z piekła rodem. Vivien Spitz [Izabelka]

TYTUŁ: Doktorzy z piekła rodem
AUTOR: Vivien Spitz
WYDAWNICTWO: Replika
GATUNEK: dokument, historia

Zdjęcie autorskie Izabelka


Książka ma podtytuł "Przerażające świadectwo nazistowskich eksperymentów na ludziach".
I dokładnie taka jest. Przerażająca.
Pomimo tego, iż tematykę wojenną zgłębiam od lat, to jestem  poruszona. 
Gdyby zapytać mnie o eksperymenty na ludziach prowadzone przez nazistów, to PIERWSZE, co mi przychodzi o głowy, to oczywiście doktor Mengele. I myślę, że tak odpowie większość.
A ta pozycja zupełnie zmienia mój obraz wojny. Zmienia swoimi porażającymi szczegółami.

Vivien Spitz została wysłana przez Departament Wojny USA do Norymbergi jako dziennikarka mająca dokumentować przebieg procesów nazistowskich zbrodniarzy. A miała dopiero 22 lata i była jedną w niewielu kobiet. Oprócz samego procesu Vivien opisała także życie amerykańskich reporterów w Norymberdze. Brak wygód takich jak ciepła woda czy poczucie stałego zagrożenia życia, to była codzienność w powojennych Niemczech.
A jeśli chodzi o same eksperymenty, to mamy tu cały wachlarz "pseudobadań": eksperymenty z dużymi wysokościami prowadzone w Dachau, eksperymenty z zamrażaniem, malarią, z gazem musztardowym, z sulfanilamidum, z wodą morską, żółtaczką zakaźną, z tyfusem, z trucizną, z bombą zapalającą, z ropowicą, polygalem i fenolem oraz sterylizacją.
"Badania" te prowadzone były w różnych obozach przez niemieckich lekarzy. Choć "lekarzy" to w tym przypadku nieodpowiednie słowo: bardziej pasuje "rzeźnicy". Bo jak można nazwać człowieka, który przeprowadza "badania" bez jakichkolwiek zasad na ludziach, którzy zostali zmuszeni do takich działań i traktowani są jak króliki doświadczalne. Jak można zadawać cierpienie drugiemu człowiekowi i spokojnie na nie patrzeć? 
Szczegółowość tej książki jest porażająca i jednocześnie godna podziwu. 
Autorka przytacza zeznania ofiar, przedstawia wypowiedzi nazistów przed sądem i inne dokumenty procesowe. Zdjęcia są dopełnieniem książki. I dzięki nim można spojrzeć nazistom w oczy... I obejrzeć skutki ich badań w postaci zdjęć ofiar.
W moim odczuciu pokazanie życia reportera poza salą sądową daje pełniejszy obraz tamtego okresu.
Choć spotkałam się z zdaniem, że to minus tej książki.
W ostatnich rozdziałach autorka opisuje swoje życie i to, jak ono się zmieniło po wizycie w Norymberdze i jak wpłynęło na nią to doświadczenie.
Książka ta poraża i skłania do refleksji. Osobom szczególnie wrażliwym odradzam.
Zainteresowanym polecam.

sobota, 13 sierpnia 2016

Zimne popioły. Valentin Musso [Izabelka]

TYTUŁ: Zimne popioły
AUTOR: Valentin Musso
WYDAWNICTWO: Albatros Andrzej Kuryłowicz S.C.

Zdjęcie autorskie Izabelka

Piękna książka :) Cudna :) Uwielbiam takie lektury :)
Mam czytelniczy orgazm! Tak, mam i mówię to głośno :)
Nazwisko Musso znane jest już w świecie literackim, a to za sprawą brata pana Autora Guillaume Musso. Bo któż nie zna takich książek jak Papierowa dziewczyna, Ta chwila czy Central Park? 
Tak, Pan Guillaume Musso to już marka sama w sobie, a tu na rynek księgarski wchodzi jego młodszy brat Valentin.
To druga książka w dorobku autora, ale pierwsza wydana w Polsce. Miała premierę 5 sierpnia 2016 roku. I dlaczego wydaniu tej książki nie towarzyszyła kampania reklamowa? Jeden wielki minus dla wydawnictwa...
Książka mnie pochłonęła do tego stopnia, że gdy mąż wszedł do pokoju i zastał mnie czytająca z wypiekami na twarzy,  nie powiedział nic, tylko poszedł robić obiad... tak to już z nami jest, osobami kilkanaście lat po ślubie... wystarczy jeden rzut oka na partnera i wszystko jasne :)
Akcja toczy się dwutorowo: w latach czterdziestych i dziewięćdziesiątych XX wieku.
Piękny język, wspaniały styl, bogate słownictwo, niesamowity klimat, tajemnice rodzinne, ciekawe tło obyczajowe, nietuzinkowe postacie, trochę kryminału, sporo sensacji, niewielka dawka romansu, nienachalna porcja historii, zaskakujące zakończenie; to wszystko składa się na tę książkę, od której nie mogłam się oderwać.
A teraz opowiem Wam troszkę, ale niezbyt dużo o samej treści... tak na zachętę!
Akcja zaczyna się w 1999 roku kiedy to umiera Henri Cochet, szanowany, emerytowany lekarz na francuskiej prowincji. Niedaleko, w tym samym rejonie, zostaje zamordowana staruszka Nicole Brachet. Czy coś łączy te śmierci? Wydawałoby się, że nic...
Aurélien Cochet, wnuk Henriego podczas porządkowania domu po dziadku, pasjonacie kina, znajduje filmy na których widać dziadka w towarzystwie niemieckiego żołnierza, co sugeruje kolaborację z okupantem Francji. Wnuk zaczyna szukać i drążyć historie rodzinne. Dociera do  programu Lebensborn – Źródło Życia.
Autor przepięknie wplótł historię programu Lebensborn  w historię rodzinną. Im dalej Aurélien Cochet szuka i zgłębia tajemnice rodzinne, tym bardziej nie może wyjść ze zdziwienia. Pomaga mu doktorantka, która pisze pracę o Źródle Życia. 
Nie napiszę nic więcej... przeczytajcie sami!
Bardzo gorąco polecam! 
A dlaczego?
Urzekła mnie ta historia rodzinna z tajemnicą w tle, wspaniale ukazane okoliczności historyczne, bohaterowie niejednoznacznie pozytywni, piękny styl i klimat książki też robią swoje. I to zakończenie...
Polecam!
I czekam na kolejną książkę autorstwa Valentin Musso :)
I tak oto zostałam fanką braci Musso <3 
Zakochana ja <3
PS. I czy tylko mnie lalka Barbie kojarzy się z wysoką blond pięknością o niebieskich oczach ze wspaniałą kandydatką na idealną matkę dzieci o cechach aryjskich?
PPS.  Autor zadaje mnóstwo pytań, szuka i docieka prawdy na temat programu Lebensborn.  Robi to niesamowicie interesująco i ciekawie. Aż sama zaczęłam drążyć...
PPPS. I cytat na koniec 

Trzeba, by ludzie dokładnie wiedzieli, co się wydarzyło w ośrodkach Lebensborn. Nie wolno dopuścić, by o tych dzieciach zapomniano. 
I jak podaje Wikipedia:
Łącznie w Lebensborn na świat miało przyjść ok. 6000 dzieci.
Pozostawiam do przemyślenia...