Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ostatni pociąg do Paryża. Michele Zackheim [Izabelka]

TYTUŁ: Ostatni pociąg do Paryża
AUTOR: Michele Zackheim
WYDAWNICTWO: Dom wydawniczy PWN Sp. z o.o.
GATUNEK: powieść obyczajowo-historyczna
Zdjęcie autorskie Izabelka



Przedstawiam Wam dziś książkę, która ma szansę na tytuł "Zaskoczenie roku". Dlaczego? Bo spodziewałam się kolejnej powieści o zakazanej miłości w czasie wojny, a dostałam... no właśnie co?
Dziś o tym, że literatura z "półki wojennej" potrafi mnie jeszcze zadziwić...

To moje pierwsze spotkanie z autorką. W Polsce została wydana tylko ta jedna jej książka, choć napisała ich kilka, jak chociażby "Córka Einsteina", którą z chęcią bym też przeczytała. Czekam na polską premierę.
Autorka to pisarka urodzona w 1941 roku w Nevadzie. Oprócz pisania realizuje się w dziedzinie sztuk plastycznych. To jest, jak dla mnie, ważna informacja. 

Tak, wiem. Powtórzę się. Na odbiór każdej lektury ma wpływ wiele czynników. Pierwsze co zwraca uwagę czytelnika to okładka. Ta bardzo mi przypadła do gustu. Klimatyczna i wspaniale oddaje treść.

Na jednej z pierwszych stron Pani Michele napisała, że historia przedstawiona na kartach jej powieści jest oparta na faktach. 
"W roku 1937 roku w Paryżu niemiecki obywatel, niejaki Eugen Weidmann, uprowadził moją daleką kuzynkę".
Choć, przyznaje też, że niektóre postacie są tworem jej wyobraźni.
I to też lubię w powieściach: połączenie faktów z kreatywnością autora.

Samą historię można przedstawić w kilku zdaniach. Lata 30 XX wieku. Amerykańska reporterka, Rose Manon, dostaje oddelegowana do Paryża jako korespondentka zagraniczna. A ponieważ świetnie sobie radzi, szef redakcji wysyła ją do Berlina. Przypominam tylko, że to ten czas kiedy to Pan Hitler dochodzi do władzy. I może nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że Rose jest pół-Żydówką. Choć w amerykańskim paszporcie nie ma o tym mowy...  W Berlinie poznaje Leona. Chłopak jest grawerem i "pracuje" dla nazistów. Między młodymi rodzi się uczucie...
I zaraz usłyszę: O, historia jakich wiele!
I tutaj muszę się NIE zgodzić.

Koleje losu przedstawione są z perspektywy osiemdziesięciosiedmioletniej Rose, która w 1992 roku, w wyniku likwidacji redakcji, dla której pracowała, dostaje z powrotem kufer ze swoimi tekstami i pamiątkami. I wtedy odżywiają wspomnienia. Panna Manon opowiada o wydarzeniach swojego życia wplatając uwagi i refleksje, które jej się nasuwają pod koniec tak długiego i ciekawego żywota. 
Porównuje wiele zdarzeń, rozmyśla nad swoim ziemskim czasem próbując je podsumować, zastanawia się nad swymi wyborami i tęskni za Leonem. Trochę nostalgicznie, ale bez przesady. Refleksyjnie.

Sam romans, bo chyba tak można nazwać tę znajomość, przedstawiony jest niezbyt szczegółowo, co mnie akurat odpowiadało. On Żyd, ona pół-Żydówka, Berlin, lata trzydzieste XX wieku. No nie mogło być sielsko i spokojnie. Szczególnie, że Leon skrywa tajemnicę, od której zależy życie wielu osób. Jak dla mnie, miłości w sam raz.

Kolejny element tej powieści na który zwróciłam uwagę, to sposób w jaki autorka przedstawiła nastroje w Europie w przededniu wojny. Opisy STRACHU są wręcz namacalne. Sposoby działania nazistów, zachowania cywilów wobec żydowskich sąsiadów ( i nie ważne czy francuskich czy niemieckich), polityka Hitlera, opisy wydarzeń po wprowadzeniu ustaw norymberskich, różne postawy samych Żydów wobec niemieckiej polityki, zastraszanie, przemoc, niedowierzanie. To wszystko niby jest mi znane z innych pozycji. Ale ta wyróżnia się tym, że są to obserwacje kobiety, która nie jest Europejką. Nie ma doświadczeń i nie jest przesiąknięta kulturą Starego Kontynentu. Ma zupełnie inne podejście do wielu spraw. Czytałam z zaciekawieniem.

Zwróciłam też uwagę na to, że Rose porównuje krajobrazy widziane z okien pociągu. Bo przecież jako korespondentka zagraniczna, a później wojenna, dużo podróżuje po Europie. Zachwyca się zielenią, widokami, kulturą i zestawia je z krajobrazami znanymi z Nevady. Trochę inne spojrzenie na tak dobrze znane nam tereny. Tak, to zdecydowanie ciekawy zabieg.

No i same fakty dotyczące porwania i procesu. Zainteresowanie mediów całą sprawą, proces sądowy i wykonanie wyroku ciekawie przedstawione. Jedzenie, picie i palenie podczas rozprawy... Nie mogę napisać nic więcej, gdyż musiałabym zdradzić istotne wątki fabuły. A tego bardzo nie chcę zrobić. Taki ładny kawałek historii francuskiego prawodawstwa.

I na koniec jeszcze dwie kwestie na które zwróciłam uwagę.
Relacje pomiędzy członkami rodziny Rose. Matka, która była bardzo egocentryczna. Wzbudzała we mnie same negatywne uczucia. Zimna i oschła ....brrr... I ojciec, który milcząco się na wszystko zgadzał. I dalsza rodzina, która się odcięła, bo...
To jak została przedstawiona praca amerykańskiej korespondentki w Europie bardzo mi przypadło do gustu. Nie zawsze było ciepło i wygodnie. I te ciągłe podróże, to ciągłe uczucie niepewności. Zdecydowanie interesująco pokazane.


"Ostatni pociąg do Paryża" to nie jest najlepsza książka o drugiej wojnie światowej jaką czytałam. I nie rzuca na kolana. Ale mnie się spodobała z tych kilku powodów o których pisałam wcześniej.
I dlatego polecam.

Zdjęcie autorskie Izabelka

niedziela, 12 marca 2017

Zdobyć to, co tak ulotne. Beatrice Colin [Izabelka]

TYTUŁ: Zdobyć to, co tak ulotne
AUTOR: Beatrice Colin
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo W.A.B.
GATUNEK: literatura obyczajowa
Zdjęcie autorskie Izabelka


Ja wiedziałam, że ta passa świetnych książek musi się kiedyś skończyć. I właśnie nadszedł ten moment. Dziś będzie bez zachwytów. Choć powiem szczerze miałam nadzieję na świetną lekturę...

Pierwsze na co zwróciłam uwagę to okładka. Cudna!
Do tego opis na obwolucie: Paryż, budowa wieży Eiffla, wielka miłość.
Dla mnie zachęta wystarczająca, aby sięgnąć po książkę.

Ale czuję się rozczarowana.

Niby było wszystko tak, jak zapowiadano, ale...
Opowiedziane tak jakoś bez polotu i nudno. Co chwilę zerkałam na której stronie jestem i kiedy koniec. Wynudziłam się jak rzadko kiedy.
Postacie zarysowane bez głębszych przemyśleń, fabuła nijaka i wcale mnie nie wciągnęła, główna bohaterka Alice wkurzała mnie jak mało która. Głupia i naiwna panienka, która marzy jedynie o tym, by wyjść za mąż.
Oczekiwałam jakichkolwiek emocji. Nic z tego. Serce ani razu nie drgnęło.
A najbardziej zawiedziona jestem tym, że tak piękną historię zmarnowano. Bo potencjał był. Oczami wyobraźni już widziałam ekranizację.

Jednak znalazłam dwie rzeczy, które mnie zauroczyły w tej książce. Okładka jest super i bardzo mi przypadła do gustu. Magiczna!
A druga to opisy budowy wieży Eiffla. Ukazanie nastrojów i wątpliwości społecznych w momencie kiedy rusza budowa. Potem kolejne etapy i problemy związane z osiąganiem pewnych wysokości. A na koniec przedstawienie ceremonii otwarcia wieży. I takie piękne jej określenie "ukuta ze stali i wiatru"...
I to tyle. Dziś krótko, bo nie lubię takich książek. Takich nachalnie reklamowanych. Czuję się jak ofiara działu marketingu... Ale cóż... Zdarza się. Idę szukać "odtrutki" na moim niekończącym się stosiku.

Czytajcie na własną odpowiedzialność.

środa, 14 grudnia 2016

Słowik. Kristin Hannah [Izabelka]

TYTUŁ: Słowik
AUTOR: Kristin Hannah
WYDAWNICTWO: Świat Książki
GATUNEK: powieść obyczajowa

Zdjęcie autorskie Izabelka
Przeczytałam. Udało się. Po tylu wspaniałych recenzjach i dzięki świetnej kampanii reklamowej trudno było przejść obok tej książki obojętnie. I przyjaciele, którzy przeczytali też namawiali. Przeczytałam. I cieszę się, że już skończyłam. Ale po kolei.

Słowik jest to opowieść o dwóch siostrach. Dwóch kobietach, którym przyszło żyć w okrutnych czasach. Każda z nich znalazła swój sposób na przetrwanie. Każda z nich walczyła na swoim froncie.
Bo czy wojna nie jest kobietą? Nieprzewidywalną, niespokojną, zadziwiającą...

Bo ta książka jest, w moich oczach, o wszystkich kobietach. Nie tylko o Isabelle i Vianne. O dziewczynach i paniach, które zostały same w domach, gdy ich mężowie, ojcowie i bracia wyruszyli na front. Zostały same z dziećmi, strachem, głodem, tęsknotą... Musiały żyć obok, bądź z Niemcami pod jednym dachem. Radzić sobie z przerażającą codziennością i nie myśleć o przyszłości. Ani nie wspominać przeszłości. Dokonywać rozdzierających serce wyborów i ponosić ich konsekwencje. Walczyć o każdy kolejny dzień i tulić wystraszone dzieci. Być silną dla swoich bliskich. I czekać na ich powrót. Przeżyć...

W obu bohaterkach odnalazłam cząstki siebie. Kiedy czytałam o Isabell, to zastanawiałam się czy wszystkie Izki takie są: niepokorne, uparte, krnąbrne, odważne, mocno kochające i niecierpliwe. Z Vianne zaś łączy mnie miłość do rodziny. Dla swoich dzieci jestem gotowa na wszystko, a i moje uczucie do męża jest niezmienne od lat. Bo nie trzeba robić rzeczy wielkich na wojennym froncie, by okazać się bohaterem o wielkim sercu.

Akcja dzieje się we Francji w latach drugiej wojny światowej. Mamy i Paryż, i francuską prowincję. Są niemieccy okupanci i francuski ruch oporu. Są dobrzy Niemcy i źli Francuzi. Są prześladowani Żydzi i ich obojętni sąsiedzi. Są angielscy lotnicy i pomagające im kobiety. Jest miłość, śmierć, tęsknota, złość, gniew, strach czyli emocji pod dostatkiem. Wszystko to, co lubię w książkach. Dla mnie mieszanka idealna. Czyli mnie się ta książka powinna podobać, ale niestety... Jest ALE.

Słowik mnie nie zachwycił. A spodziewałam się achów i ochów. Bo przecież tyle dobrego się o nim naczytałam.
Sama historia dwóch sióstr jest ciekawa. Ale opowiedziana bez napięcia i "po łebkach". Odniosłam wrażenie, że autorka chciała wpleść w swoją historię mnóstwo wojennych faktów. I wywózka Żydów i walka z ruchem oporu, i ratowanie angielskich lotników. Za dużo i mało dokładnie. Nic nowego się nie dowiedziałam. A chętnie bym zgłębiła temat przepraw przez Pireneje.
Autorce nie udało stworzyć klimatu i zbudować napięcia czasów wojny. Nie czułam strachu i ani raz serce nie przyspieszyło.
Język też mnie nie zachwycił. Brakowało mi pięknych porównań i plastycznych opisów. A potencjał był.
Fabuła poprowadzona bez efektu zaskoczenia. Dla mnie zbyt prosta i bardzo przewidywalna. A tego wręcz nie znoszę w książkach. Zakończenie jakiego się spodziewałam. Nie lubię.
Kiedy czytałam tę książkę miałam przed oczami serial "Allo, allo". Nie umiałam pozbyć się tego wrażenia przez cały czas czytania tej powieści.

Jestem zawiedziona. Z trudem dobrnęłam do końca książki.
Nie zniechęcajcie się moją opinią. Czytajcie. Od lat czytam tę tematykę i może dlatego z każdą przeczytaną książką robię się coraz bardziej wybredna. I coraz trudniej u mnie o zachwyt...

A wszystkim tym, którzy chcą poczuć klimat wojennej Francji polecam inne książki. Zdecydowanie lepiej napisane i bardziej ciekawe: "Klucz Sarah"  Tatiany de Rosnay, "Światło, którego nie widać" Anthonego Doerra, "Malarkę gwiazd" Amelii Noguery czy "Zimne popioły" Valentin Musso.    



Zdjęcie autorskie Izabelka
     

sobota, 10 grudnia 2016

Malarka gwiazd. Amelia Noguera [Izabelka]

TYTUŁ: Malarka gwiazd
AUTOR: Amelia Noguera
WYDAWNICTWO: Dom Wydawniczy Rebis
GATUNEK: literatura współczesna

Zdjęcie autorskie Izabelka


Powiem tak: REWELACJA! Książka, która wyzwoliła we mnie takie emocje, których się nie spodziewałam. Dla mnie książka roku. Moja ocena 11/10.
A teraz opowiem Wam dlaczego tak uważam.

W pozycji tej fabuła poprowadzona jest po mistrzowsku. I bardzo tajemniczo. Od samego początku czytelnik nie wie o co chodzi. Dlatego ja podam tu tylko zarys fabuły, aby nie pozbawić nikogo emocji podczas czytania. Poznajemy Violetę, która ucieka od swojego kochanka... po kolejnym pobiciu. Kobieta jest maltretowana, ale kiedy odkrywa, że jest w ciąży postanawia wyjechać do dziadka i wszystko przemyśleć. Diego, dziadek Violety, jest staruszkiem u schyłku swych dni. Zachowuje się bardzo dziwnie i tajemniczo. Postanawia uporządkować swoje ziemskie sprawy zanim odejdzie do królestwa niebieskiego. Choć po tym co zrobił, to nie jestem pewna czy tam trafi...

Narracja prowadzona jest dwutorowa. Jednym wątkiem są czasy obecne wraz z problemami Violety.
Drugim zaś wspomnienia dziadka. Diego wspomina czasy swojej młodości: lata trzydzieste w Hiszpanii, lata czterdzieste we Francji i okres wojny w Paryżu. Rozmawia ze swoją zmarłą żoną, pyta się, kłoci i dyskutuje. Prawie do samego końca książki nie wiemy jak to się stało, że Diego jest wdowcem, a jego wnuczka sierotą...

Malarka gwiazd wzbudziła we mnie cała paletę emocji. Sposób poprowadzenia fabuły jest niesamowity. Choć na początku trudno się "wgryść" w treść, to zakończenie wynagradza wszystko.

Pani Autorka poruszyła mnóstwo tematów. Całą gamę problemów, które przewijają się obok głównego wątku. 

Problemy Violety, kobiety maltretowanej przez furiata. Kobieta postanawia się uwolnić od kochanka, a ukojenie przynosi jej prowadzenie "Dziennika odkochania", z którego dowiadujemy się więcej o całej sytuacji. Porażające fragmenty. Jedno w wielu obliczy miłości ukazane w tej książce.

Kolejny wątek, który mnie zaciekawił, to grabież dzieł sztuki przez nazistów podczas drugiej wojny światowej we Francji. Główny wątek "kręci" się wokół tego tematu. I stawia mnóstwo pytań: Czy z miłości do sztuki można robić rzeczy niezgodne ze swoim sumieniem? Czy fałszowanie obrazów to sztuka czy oszustwo? Czy w imię wyższej idei można narażać bliskie sercu osoby? Czy wojna usprawiedliwia wszystko? Czy można spać spokojnie, kiedy naziści palą narodowe dzieła sztuki?

Wątek, który zapewne wzbudzi wiele kontrowersji, to miłość niemieckiego oficera do francuskiego prawnika. Temat ukazany niezwykle delikatnie i z wyczuciem. Czy poświęciłbyś siebie aby ratować innych? Czy groźba śmierci bliskich zmusiłaby cię do zachowań niezgodnych ze swoim sumieniem? Czy strach i wojna tłumaczą wszystko? Jak żyć z bagażem doświadczeń, których nie chcesz pamiętać?

Opowieść Diego od samego początku jest tajemnicza i budzi niesamowitą ciekawość. Historia rodzinna, w której jest mnóstwo tajemnic i niedomówień mocno intryguje. Wraz z przeczytanymi kartkami wszystko okazuje się inne niż mogło wydawać się na początku. Martin, prawnik i przyjaciel Diego, któremu na początku bardzo współczułam na końcu książki wzbudził we mnie instynkty mordercze. Gdyby wpadł w moje ręce, to nie odpowiadam za siebie... 
Diego, którego poznajemy jako staruszka, który pragnie rozliczyć się z przeszłością też wzbudził we mnie mieszane uczucia. "Stary piernik" zrobił "mnie w konia". Łączyłam się z nim w bólu przez większość historii, aby na koniec powiedzieć "jak mogłeś?".

Na koniec, kiedy Violeta odkrywa prawdę o swojej rodzinie, to miałam ochotę ja przytulić. Spodziewa się dziecka, a tu tyle tajemnic i problemów rodzinnych na nią spada. Jak żyć, kiedy odkrywa się, że Twoje życie było oparte na kłamstwie? Jak poradzić sobie z nowo odkryta prawdą? Jak ułożyć sobie życie, kiedy wszystko w co wierzyłaś nagle okazuje się nic nieznaczące? 
Pojawiają się też inne tematy, choć tylko epizodycznie, ale równie bolesne. Wykorzystywanie seksualne dzieci, samobójstwo, morderstwo, zemsta...

Oprócz samej historii, która mnie szalenie wciągnęła jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zachwyciła. Książka jest napisana  bardzo plastycznym językiem. Do tej pory tak wspaniale o malarstwie i miłości do sztuki pisał mój ukochany William Wharton. Został zdetronizowany. Amelia Noguera niesamowicie opisuje ludzi, obrazy, emocje. Przez większość czasu czytałam ze łzami w oczach, ściśniętym gardłem i przyspieszonym pulsem. Czułam się jak na emocjonalnej karuzeli.
Jednocześnie chciałam czytać, aby przekonać co takiego ukrywa Diego i nie chciałam, aby książka się skończyła, żebym dalej mogła się delektować przepięknym językiem.
Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała o okładce. Cudownie oddaje klimat i jest niesamowita w dotyku...Taka do przytulenia.

Czuję się zachwycona. 
Odwirowana emocjonalnie. 
Wbita w fotel. 
Zostawiona z kacem książkowym.
I po raz pierwszy w swoim czytelniczym życiu mam ochotę na drinka po przeczytaniu książki...



Zdjęcie autorskie Izabelka

piątek, 9 września 2016

Słodycz zapomnienia. Kristin Harmel [Izabelka]

TYTUŁ: Słodycz zapomnienia
AUTOR: Kristin Harmel
WYDAWNICTWO: Świat Książki
GATUNEK: Powieść obyczajowa
Zdjęcie autorskie Izabelka
I znów mam ten problem... Brak mi słów.
Skończyłam czytać, mam mętlik w głowie, policzki mokre od łez i nie wiem jak Wam ubrać w słowa mój zachwyt tą książką.
Kolejna pozycja w tym roku, którą się zachwyciłam. Bardzo! Nie mogłam odłożyć książki, czytałam z wypiekami na twarzy, a stos zużytych chusteczek się powiększał. Bo nie pamiętam kiedy jakaś pozycja wycisnęła ze mnie tyle łez...
Nie jest to tani romans ani jakaś tkliwa historyjka dla romantycznych kobiet. O nie!
To jest niesamowita opowieść o tym, że każdy ma jakieś tajemnice. O tym, że piekło wojny nie kończy się wraz z podpisaniem traktatu pokojowego. Historia o tym, że los płata różne figle, że musimy ponosić konsekwencje swoich wyborów, że nie zawsze wszystko jest takie, na jakie wygląda. Wzruszająca historia o sile miłości, odkrywaniu rodzinnych tajemnic i poszukiwaniu korzeni. Pięknie opisana miłość do tworzenia pysznych słodkości i sile tradycji cukierniczych w rodzinie. Prawie że ballada o sile kobiet i mocy uczuć. I o dramacie życia z chorobą Alzheimera...
I to wszystko napisane przepięknym językiem! Nawet opisy parku czy pory roku sprawiały mi przyjemność podczas czytania. Autorka, moim zdaniem, szerokim łukiem ominęła banał i kicz.

Tak dla zachęty krótko o fabule:
Hope to kobieta, na którą spadły w krótkim czasie same nieszczęścia: śmierć matki, choroba babci, rozwód, problemy finansowe, problemy wychowawcze z dorastającą córką. Czuje się załamana. Babcia daje Hope, w  przebłysku świadomości w chorobie Alzheimera, kartkę z nazwiskami osób i prosi, aby wnuczka poleciała do Paryża i dowiedziała się co się stało z tymi ludźmi. Tylko jest mały problem: oni żyli we Francji w latach czterdziestych dwudziestego wieku i nie wiadomo czy przeżyli wojnę. Hope się waha... córka nalega... przyjaciel tłumaczy.
To, co się dzieje później jest wzruszające i niesamowite. Aż dech zapiera. Mnóstwo pytań, ogrom dylematów, sporo refleksji. A to zakończenie... Czytałam trzy razy, bo za pierwszym razem niewiele widziałam przez łzy.
Doświadczenia i historia rodzinna zmieniają Hope. Poznajemy ją jako kobietę załamaną i smutną, a żegnamy się z silną przyjaciółką, która wie, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Cudowna, wzruszająca, refleksyjna książka, którą warto przeczytać. Skłania do przemyśleń. I do docenienia życia. Takim, jakie jest.
Gorąco polecam z całego mojego wzruszonego serducha.
P.S. Jedyne co mnie się nie podobało w tej książce, to okładka. Nie pasuje do treści i wprowadza potencjalnych czytelników w błąd. 

czwartek, 8 września 2016

7 lat później. Guillaume Musso [Izabelka]

TYTUŁ: 7 lat później
AUTOR: Guillaume Musso
WYDAWNICTWO: Albatros
GATUNEK: Thriller
Zdjęcie autorskie Izabelka

Czuję się zawiedziona... Uwielbiam książki Pana Musso! 
W tej książce niestety nie znalazłam ani magii ani napięcia...

Krótko o fabule:
Sebastian Larabee i Nikki Nikovski są rodzicami bliźniaków: Jeremiego i Camille. Nie stanowią jednak kochającej się rodzinki. Są po rozwodzie. Dziewczynka mieszka z ojcem, chłopiec z matką. Dzieci mają  po 15 lat. Każdy z rodziców ma inny model wychowania dziecka. I pewnego dnia syn znika. Rodzice wyruszają na poszukiwania chłopca, mają mnóstwo przygód, później szukają jeszcze córki. Wszystko się dzieje szybko i, jak dla mnie,  mało wiarygodnie.

Podczas czytania cały czas się zastanawiałam czy to oby na pewno napisał Pan Guillaume.
Niby jest akcja, niby jest zagadka do rozwiązania, niby ciekawie, ale... 
No właśnie mam kilka ale: historia potraktowana po łebkach, przygody bohaterów mało wiarygodne (jakby ściągnięte z Kodu Leonardo da Vinci Browna), zakończenie przewidywalne, brak magii i napięcia, które w poprzednich książkach autora powodowały, że trudno je było odłożyć, sami bohaterowie płascy i bez wyrazu.
Pan Musso przyzwyczaił mnie to tego, że kiedy zaczynam czytać jego książki, przestaje istnieć cały świat, zanurzam się w wykreowaną przez niego sferę magii, mam dylematy moralne albo chociaż zastanawiam się na wieloma sprawami... A w tej pozycji nic z tego...

Wybaczam Panu Musso! Każdy może mieć słabszy okres w życiu. U pana autora ten okres przypadł na czas tworzenia tej książki.
Z dziewięciu przeczytanych tego autora ta  książka podoba mi się najmniej.
   
Zdjęcie autorskie Izabelka

niedziela, 24 lipca 2016

Kucharka Himmlera. Franz-Olivier Giesbert [Izabelka]

TYTUŁ: Kucharka Himmlera
AUTOR: Franz-Olivier Giesbert
WYDAWNICTWO: Sonia Draga
 
Zdjęcie autorskie Izabelka


Ale to fajna książka jest! (piszę fajna, choć nie lubię tego słowa w odniesieniu do książki).
Naprawdę! Dawno się tak dobrze nie uśmiałam jak przy tej lekturze!
Zacznę jednak od minusów:

– okładka OKROPNA! Wcale, a wcale nie pasuje do treści!

– brak reklamy tej pozycji! Trzeba zatrudnić speców od marketingu, którzy zajęli się Dziewczyną z pociągu.

– tytuł też bym zmieniła, choć dokładnie nie wiem na jaki, może Rose i XX wiek.
I to tyle jeśli chodzi o wady.
Świetnie napisana opowieść o Rose, kucharce, która przeżyła 105 lat, a przyszło jej żyć w najbardziej "ciekawym" i burzliwym wieku, wieku XX. Urodzona w 1907 roku jako uboga Ormianka, żyje pełnią piersią kierując się mottem: humor, seks i zemsta. Bierze udział w wielkich wydarzeniach XX wieku: ludobójstwo w Armenii, obie wojny światowe, Holocaust, rządy Mao. Jest optymistką i bierze od życia to, co dostaje. Z uśmiechem.
Rose przeżywa wiele dramatów osobistych, które mogłyby złamać niejednego człowieka. Ale nie Rose. Zawsze optymistycznie nastawiona do życia, z niekończącą się ochotą na seks, z rządzą zemsty w kieszeni.
Kiedy przeczytałam, że jest to "przezabawna opowieść o Rose", to stwierdziłam, że jest to w sam raz lektura na lipcową niedzielę. Ale nic z tego! Nie jest "przezabawna"... Opowieść o Rose to słodko–gorzki koktajl z duża ilością pieprzu...
To czasami śmiech, a czasami śmiech przez łzy. Bo cóż jest zabawnego w śmierci wszystkich najbliższych? Albo patrzeniu na rzeź sąsiadów i znajomych? Albo udział w przemocy fizycznej i psychicznej wobec dzieci? Nic!
Ale są też zabawne momenty, kiedy Rose opowiada o seksie z mężczyznami albo, jak ich kąśliwie opisuje, albo jak tworzy potrawy.
Mnie też podobała się formuła tej książki, bo każdy rozdział rozpoczynał się tak samo: Morze Czarne 1915, Marsylia 1917, Górna Prowansja 1925, Paryż 1940 itd.
Rozdziały są krótkie, fabuła wciągająca, słownictwo proste, ale bogate. I do tego mnóstwo "smaczków", które powodują, że tę książkę trudno odłożyć zanim się nie skończy czytać. 
Oto garść cytatów (albo jak ktoś woli "smaczków"):
Nie znoszę ludzi, którzy się skarżą. A takich nie brakuje na tej ziemi. Dlatego mam problem z ludźmi.
W wieku niemal stu pięciu lat pozostał mi cienki głosik, pięć dobrych zębów, wyglądam jak sowa i nie pachnę fiołkami.
W dniu moich urodzin na świecie żyły już trzy osoby, które miały zdziesiątkować ludzkość: Hitler miał osiemnaście lat, Stalin dwadzieścia osiem, a Mao-trzynaście. Wpadłam jak śliwka w kompot.
Człowiek pracuje, ale Chińczyk pracuje więcej.
Gdy nic się nie układa, nie ma lepszego lekarstwa na smutek niż gotowanie.
Nie  bójcie się iść pod prąd. Tylko martwe ryby płyną z prądem.
Książka ląduje na półce zostaje "na zawsze", a Rose zostaje moją przyjaciółką...na zawsze!
Polecam!
Wspaniała lekcja historii XX wieku i porządna dawka mądrości życiowej i optymizmu (choć ta mądrość jest czasami dyskusyjna).