Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ostatni pociąg do Paryża. Michele Zackheim [Izabelka]

TYTUŁOstatni pociąg do Paryża
AUTOR: Michele Zackheim
WYDAWNICTWO: Dom wydawniczy PWN Sp. z o.o.
GATUNEK: powieść obyczajowo-historyczna
Zdjęcie autorskie Izabelka



Przedstawiam Wam dziś książkę, która ma szansę na tytuł "Zaskoczenie roku". Dlaczego? Bo spodziewałam się kolejnej powieści o zakazanej miłości w czasie wojny, a dostałam... no właśnie co?
Dziś o tym, że literatura z "półki wojennej" potrafi mnie jeszcze zadziwić...

To moje pierwsze spotkanie z autorką. W Polsce została wydana tylko ta jedna jej książka, choć napisała ich kilka, jak chociażby "Córka Einsteina", którą z chęcią bym też przeczytała. Czekam na polską premierę.
Autorka to pisarka urodzona w 1941 roku w Nevadzie. Oprócz pisania realizuje się w dziedzinie sztuk plastycznych. To jest, jak dla mnie, ważna informacja. 

Tak, wiem. Powtórzę się. Na odbiór każdej lektury ma wpływ wiele czynników. Pierwsze co zwraca uwagę czytelnika to okładka. Ta bardzo mi przypadła do gustu. Klimatyczna i wspaniale oddaje treść.

Na jednej z pierwszych stron Pani Michele napisała, że historia przedstawiona na kartach jej powieści jest oparta na faktach. 
"W roku 1937 roku w Paryżu niemiecki obywatel, niejaki Eugen Weidmann, uprowadził moją daleką kuzynkę".
Choć, przyznaje też, że niektóre postacie są tworem jej wyobraźni.
I to też lubię w powieściach: połączenie faktów z kreatywnością autora.

Samą historię można przedstawić w kilku zdaniach. Lata 30 XX wieku. Amerykańska reporterka, Rose Manon, dostaje oddelegowana do Paryża jako korespondentka zagraniczna. A ponieważ świetnie sobie radzi, szef redakcji wysyła ją do Berlina. Przypominam tylko, że to ten czas kiedy to Pan Hitler dochodzi do władzy. I może nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że Rose jest pół-Żydówką. Choć w amerykańskim paszporcie nie ma o tym mowy...  W Berlinie poznaje Leona. Chłopak jest grawerem i "pracuje" dla nazistów. Między młodymi rodzi się uczucie...
I zaraz usłyszę: O, historia jakich wiele!
I tutaj muszę się NIE zgodzić.

Koleje losu przedstawione są z perspektywy osiemdziesięciosiedmioletniej Rose, która w 1992 roku, w wyniku likwidacji redakcji, dla której pracowała, dostaje z powrotem kufer ze swoimi tekstami i pamiątkami. I wtedy odżywiają wspomnienia. Panna Manon opowiada o wydarzeniach swojego życia wplatając uwagi i refleksje, które jej się nasuwają pod koniec tak długiego i ciekawego żywota. 
Porównuje wiele zdarzeń, rozmyśla nad swoim ziemskim czasem próbując je podsumować, zastanawia się nad swymi wyborami i tęskni za Leonem. Trochę nostalgicznie, ale bez przesady. Refleksyjnie.

Sam romans, bo chyba tak można nazwać tę znajomość, przedstawiony jest niezbyt szczegółowo, co mnie akurat odpowiadało. On Żyd, ona pół-Żydówka, Berlin, lata trzydzieste XX wieku. No nie mogło być sielsko i spokojnie. Szczególnie, że Leon skrywa tajemnicę, od której zależy życie wielu osób. Jak dla mnie, miłości w sam raz.

Kolejny element tej powieści na który zwróciłam uwagę, to sposób w jaki autorka przedstawiła nastroje w Europie w przededniu wojny. Opisy STRACHU są wręcz namacalne. Sposoby działania nazistów, zachowania cywilów wobec żydowskich sąsiadów ( i nie ważne czy francuskich czy niemieckich), polityka Hitlera, opisy wydarzeń po wprowadzeniu ustaw norymberskich, różne postawy samych Żydów wobec niemieckiej polityki, zastraszanie, przemoc, niedowierzanie. To wszystko niby jest mi znane z innych pozycji. Ale ta wyróżnia się tym, że są to obserwacje kobiety, która nie jest Europejką. Nie ma doświadczeń i nie jest przesiąknięta kulturą Starego Kontynentu. Ma zupełnie inne podejście do wielu spraw. Czytałam z zaciekawieniem.

Zwróciłam też uwagę na to, że Rose porównuje krajobrazy widziane z okien pociągu. Bo przecież jako korespondentka zagraniczna, a później wojenna, dużo podróżuje po Europie. Zachwyca się zielenią, widokami, kulturą i zestawia je z krajobrazami znanymi z Nevady. Trochę inne spojrzenie na tak dobrze znane nam tereny. Tak, to zdecydowanie ciekawy zabieg.

No i same fakty dotyczące porwania i procesu. Zainteresowanie mediów całą sprawą, proces sądowy i wykonanie wyroku ciekawie przedstawione. Jedzenie, picie i palenie podczas rozprawy... Nie mogę napisać nic więcej, gdyż musiałabym zdradzić istotne wątki fabuły. A tego bardzo nie chcę zrobić. Taki ładny kawałek historii francuskiego prawodawstwa.

I na koniec jeszcze dwie kwestie na które zwróciłam uwagę.
Relacje pomiędzy członkami rodziny Rose. Matka, która była bardzo egocentryczna. Wzbudzała we mnie same negatywne uczucia. Zimna i oschła ....brrr... I ojciec, który milcząco się na wszystko zgadzał. I dalsza rodzina, która się odcięła, bo...
To jak została przedstawiona praca amerykańskiej korespondentki w Europie bardzo mi przypadło do gustu. Nie zawsze było ciepło i wygodnie. I te ciągłe podróże, to ciągłe uczucie niepewności. Zdecydowanie interesująco pokazane.


"Ostatni pociąg do Paryża" to nie jest najlepsza książka o drugiej wojnie światowej jaką czytałam. I nie rzuca na kolana. Ale mnie się spodobała z tych kilku powodów o których pisałam wcześniej.
I dlatego polecam.

Zdjęcie autorskie Izabelka

czwartek, 20 kwietnia 2017

Gorzej być(nie)może. Małgorzata Falkowska [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Gorzej być (nie)może
AUTOR: Małgorzata Falkowska
WYDAWNICTWO: Videograf
GATUNEK: Powieść obyczajowa/Romans

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik


Pozwolą Państwo, że tę recenzję rozpocznę lirycznie...

"Gdy Ci smutno, gdy Ci źle, weź Falkoską poczytaj se" :D

Gorzej być (nie) może to tak radosna, optymistyczna lektura z jajem, że aż żal nie pobawić się z lekka recenzją tejże powieści ;)
Główna bohaterka to Zofia – skrzyżowanie legalnej blondynki z Violettą Kubasińską (jak podpowiadają mi internety) z serialu Brzydula. Puściutka, głupiutka, z tendencją do przekręcania słów, wyrażeń, zwrotów. Typowa blondyna (chociaż ciemnowłosa) z tipsami (czy, jak to się mawia bardziej współcześnie, bardziej trendy – z akrylami? żelami? hybrydami? kij wie, nie odróżniam jednych od drugich i trzecich;)). Zosi bardziej współczujemy jej poziomu IQ, niż zazdrościmy prezencji, bogactwa, bezstresowego trybu życia i kieszonkowego w wysokości pięciu tysiaków. Wszak Zosia to nie nastolatka, tylko dorosła kobieta z bezlitośnie ścigającą ją i sapiąca nad uchem trzecią dyszką. A Zosieńka w końcu zakończyła studia (kosmetologię), które trwały lat 10. I uwaga! Wybiera się na kolejne – seksuologię kliniczną. Może skłoniła ją do tego potrzeba poszukiwania samej siebie, może potrzeba dalszego rozwoju, a może pogłębiania swoich talentów prezentowanych w branży filmowej. Wszak jako odtwórczyni głównej roli kobiecej w filmach porno odnosi niemały sukces, więc cóż zaszkodzi zdobyć wiedzę merytoryczną w tym zakresie? Ale to nie wszystko. Rok 2016 przyniesie Zosi wiele zmian, rzekłabym, fundamentalnych. Przyjaciele i rodzina głównej bohaterki postarają się o to, aby wrażeń nie zabrakło.

Gorzej być (nie) może to idealna książka na chandrę i przecinek w bardzo wymagających, eksploatujących intelektualnie pozycji. Zosia wraz z przyjaciółkami zagwarantuje kilka godzin przezabawnej lektury, której nie sposób czytać inaczej niż z bananem na twarzy. Perypetie rozpuszczonej do cna młodej panny, która jest pełnokrwistą egoistką, wprowadzają czytelnika w błogi stan odprężenia umysłowego. Głupiutka, ale przekonana o swej nieskazitelności Zosia, jej uwielbienie przepychu i umiejętność przekręcenia absolutnie każdego powiedzenia, po prostu bawi. Jednak im dłużej przebywamy w świecie bogatej dziedziczki z TYCH Majerów, dostrzegamy subtelne, ale wyczuwalne zmiany. Egocentryzm powoli się wycofuje, wygodnictwo rozmazuje, umiłowanie nicnierobienia drobnymi kroczkami schodzi na drugi plan. Perfidne i bardzo pomysłowe plany wdrażane w życie przez najbliższych Zosi przynoszą korzyści. I znaczne zmiany w osobowości pustej, cukierkowatej Zosi. Głowna bohaterka odnajduje w sobie pokłady empatii, bezinteresowności i pewności, że istnie rzeczy, których nie da się kupić.

Książka zdecydowanie nie dla osób, które poszukują w książce głębi, przekazu i morału, bo takowych w niej nie uświadczysz (hmmm, czy aby na pewno? przyjaźń zawsze i wszędzie, na przekór obezwładniającej głupocie; dobro tkwi w każdym, czasem trzeba je tylko odgruzować; warto dać cząstkę siebie dla tych, którzy nic zaoferować nam nie mogą... bo nie wiemy tak naprawdę jak wielka nagroda nas czeka za bezinteresowność). Gorzej być (nie) może jest książką, bez urazy, łatwą i szybką. Ale daleka byłabym od nazwania jej "czytadłem" (nie cierpię tego słowa to obok grafomaństwa najgorszy epitet jakim można uraczyć dzieło rąk pisarza). Ma wątek główny, konsekwentnie i z wyczuwalna swobodą przez Autorkę rozwijany. Bardzo ciekawe, charakterystyczne postaci i przede wszystkim – naturalne, niewymuszone dialogi, które stanowią największy atut książki. Ze zniecierpliwieniem czekamy na najnowsze rewelacje błyskotliwej inaczej Zosi i ripostę jej przyjaciółek. Do tego cała masa komizmu sytuacyjnego (myślałam, że mojej wtopy podczas zaręczyn nie jest w stanie nic pobić, a tu zonk od Chajzera – Zośka dała radę;); zabawa we Włóczykija, tworzenie preparatu na porost włosów i metody odmierzania piwa). To wszystko składa się na bardzo przyjemną i sympatyczna lekturę, do której będę wracać w celu rozchmurzenia się i podbudowania ego :D

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

środa, 12 kwietnia 2017

Klamki i dzwonki. Magdalena Knedler [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Klamki i dzwonki
AUTOR: Magdalena Knedler
WYDAWNICTWO: Novae Res
GATUNEK: Powieść obyczajowa
EGZEMPLARZ RECENZENCKI dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

Magdalena Knedler po raz kolejny udowadnia, że w kreacji warstwy obyczajowej jest twardym zawodnikiem i jeszcze chwila, jeszcze moment, nie będzie miała sobie równych. Drżyjcie narody! Klamki i dzwonki są bowiem powieścią obyczajowa, w którą Autorka wtłoczyła pokaźną porcję romantyzmu, wymieszanego z kroplą dramatyzmu oraz obrazem takiej zwyczajnej szarej codzienności, która jest niekiedy największym stoperem w osiągnięciu szczęścia.

Giby nie znajo, ale lata świetlne temu na PEGASUSIE grywało się w Mario, gościa w czerwonej czapajce i spodniach na szelkach, który, nie wiedzieć czemu, wlazł do podziemi i szuka baby (bo jego celem jest uratowanie księżniczki). Wszyscy wiem, że dzielny Mario aby dostać się na kolejny poziom gry musi pokonać wiele trudności, skakać przez przepaść, przy okazji zbiera kasę (wszak do księżniczki trza się udać z pełną kiesą), podbija grzybki, żeby być większy, silniejszy i bardziej odporny. Ale przede wszystkim nie może dać się ukatrupić dziwacznym stworkom grzybopodobnym oraz żółwiom bodajże (grałam dawno, mogę bredzić). I w tym momencie dochodzimy do seansu mej dygresji: odnoszę wrażenie, że głowni bohaterowie książki Klamki i dzwonki nie parli do przodu w swym życiu, tak jak dzielny Mario, nie chwytali garściami z każdego etapu swego istnienia, nie toczyli boju o kolejny "level swego życia", nie silili się na podskok, aby stać się większym, silniejszym, mądrzejszym, szybszym. Stali w miejscu. I czekali na chodzące stwory, aby albo je ominąć, albo je unicestwić. Stali i odpierali atak, zamiast iść i po prostu realizować swoje cele, aby iść... i żyć. Główni bohaterowie wpadli w monotonię życia i nijak wyplatać się z tego nie mogli. Tkwili w jednym punkcie i co prawda dalej byli w grze... ale co to za rozgrywka, która polega tylko na tym, aby odpierać atak tudzież nie dać się wyeliminować? Toż to egzystencja a nie życie.
Życie Elizy to próżnia. Niby spełnia codzienne obowiązki, niby nawet realizuje swoje marzenie, przymierając niemalże głodem, żyjąc dwa lata o chlebie (a dokładnie ryżu) i wodzie, wydaje tomik wierszy. I co? Daje jej to radość? Nie. Eliza jest przez prąd życia niesiona, bezwładnie, bez ingerencji ze swojej strony.
Albert i jego żona zołza. Ależ się można władować po pas w guano wiążąc się z osobą, której się nie kocha. Ba! Osobą, której nawet się nie lubi. która pruje koparę niemal bez przerwy, która czepia się o wszystko, nie cieszy się z niczego, która jest po prostu wstrętnym babsztylem. Która frustracje i winę za chorobę przenosi na innego człowieka...
Agatka, dwunastolatka, która swoim bagażem z doświadczeniem życiowym mogłaby z powodzeniem obdzielić kilkoro dorosłych. Bezbarwna, niewidoczna, nieszczęśliwa. Dorosła kobieta w ciele dziecka, dorosły człowiek, którego beztroskie dzieciństwo zostało brutalnie przerwane, albo po prostu człowiek, który w ogóle dzieciństwa nie miał.
Dagny. Ofiara toksycznej, zwichrowanej mamuśki, dla której lajki na fejsie rekompensują ewentualne fochy nastoletniej córki. Matka, dla której słowo "prywatność"to taki egzotyczny owoc, którego nie wiadomo jak się je, jak smakuje i najlepiej jego konsumpcję sobie darować.
Jeszcze Oleński, Gabriela. No i Helena. To właśnie Helena Bukowska wprawia w ruch machinę, funduje wszystkim postaciom potężny zastrzyk adrenaliny i wtłacza w nich dawkę specyfiku "chęć podjęcia walki o szczęście". Paradoksalnie to właśnie Helena daje swoim bliskim (i kilku innym w gratisie) szansę na nowe życie. Jej "niecny plan" sprawia, że ich malutki ludzik Mario zaczyna z zapałem pokonywać kolejne etapy. W drodze do szczęścia. W drodze do radości i sensu istnienia.

Uwielbiam takie pióro Pani Magdaleny. Książkę się przeżywa, w książkę się wczuwa, pochłania, smakuje, słucha, zatraca. Niby historia prosta. Tragiczne wydarzenia sprawiają, że losy kilku osób łączą się nierozerwalnie. I chociaż w przeszłości nie dane im było tak pokierować decyzjami i wyborami, aby żyć obok siebie, to los z nich drwi. Ich ścieżki może i nie biegły równolegle, ale w końcu się krzyżują. Konfrontacja nieunikniona. Czy podejście numer 2 w kwestii rozpoznania prawdziwej miłości skończy się tak jak powinno było skończyć się za pierwszym razem? Czy Agata ma szanse na szczęśliwe dzieciństwo, a Daga na normalny okres dorastania?

Z pewnością odrobinkę spłaszczyłam i wyłuskałam tylko główne wątki, bo powieść jest wielowarstwowa, niczym tęczowy tort z ulubionej cukierni. Jest i puszysty biszkopt w postaci zwyczajnej prozy życia, codziennych wzlotów i upadków. Jest bita śmietana, iluzja szczęścia, zapychacz myśli, świadomości, imitacja spełnienia, puste kalorie radości. Zaraz za nią, dla przełamania smaku, kwaśny dżem, będący symbolem niepowodzeń, tragedii życiowych, kwaśnego smaku w przesłodzonej wizji naszych dni. Są i owoce luźne wydarzenia, pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego, a ostatecznie układające się w splot dziwnych i pięknych przypadkowych sytuacji. Jest tez kwintesencja smaku, czyli miłość. To ona nadaje sens, to dla niej tak naprawdę chwytamy za tort. W książce nie ma lukru, nie ma przesłodzonych banałów, zbędnych, sztucznych, pastelowych różyczek pięknie wyglądających, ale niejadalnych. Tort pt.: "Klamki i dzwonki" miesza smaki tak doskonale, że raz czujemy nutkę kwaskowatości aby zaraz potem rozkoszować się słodyczą. I nam to smakuje.

Stylistycznie, językowo, cóż ja się będę powtarzać perfekto. Kreacja bohaterów, charakterystyka ich stanów emocjonalnych wnikliwa, rzetelna i interesująca. Pomysł na fabułę prosty, może odrobinkę nierealny (postępowanie Heleny) ale spójny i ciekawy. W Klamkach i dzwonkach Autorka podejmuje się rozwinięcia tak wielu istotnych wątków, że nie sposób wymienić wszystkich: związek-wydmuszka, choroba, zerwana przyjaźń, niespełniona miłość, trudne reakcje natolatka-rodzice, zdrada, niebezpieczeństwo płynące z braku hamulców wewnętrznych dotyczących ochrony prywatności własnej, ale przede wszystkim swojego dziecka.

Moim "debeściakiem" w dorobku literackim Magdaleny Knedler nadal pozostaje Dziewczyna z daleka, jednak Klamki i dzwonki utwierdzają mnie w przekonaniu, że Magdalena Knedler wielką pisarką jest! 


Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

czwartek, 6 kwietnia 2017

Nieobecna. Agnieszka Olejnik [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Nieobecna
AUTOR: Agnieszka Olejnik
WYDAWNICTWO: Czwarta Strona
GATUNEK: Kryminał/ Powieść obyczajowa

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

Jakie to uczucie być na własnym pogrzebie? Widzieć rozpacz bliskich, stać nad swoim grobem i płakać, głównie nad tym, jak będzie wyglądała przyszłość, w której nie ma dla nas miejsca? W takiej sytuacji zostaje postawiona Julita główna bohaterka Nieobecnej soczystego połączenia kryminału z powieścią obyczajową.

Julita i Julia to jednojajowe, niemal identyczne pod względem cech fizycznych bliźniaczki. Psychika, sposób bycia i fizjonomia to zupełnie inna para kaloszy identyczne z zewnątrz, skrajnie różne wewnętrznie. Julita to beznadziejnie zakochana w żonatym mężczyźnie singielka, skromna, spokojna szara myszka. Julia to pełna seksapilu, pewności siebie, bogata i czerpiąca z życia garściami trochę matka, jeszcze żona i bardzo kochanka. Aby w pełni spełnić się w roli "kobiety wyzwolonej" Julia ucieka się do zmyślnej, od dawna sprawdzonej i idealnie prosperującej metody "zamiany ról" z bliźniaczką Julitą. Kiedy Julia korzysta z uciech cielesnych, Julita na te kilka godzin wciela się w rolę matki Kacperka i żony Patryka. Do czasu. W trakcie oddawania się miłosnym igraszkom Julia wraz z kochankiem zostaje brutalnie zamordowana. Julita, dla bezpieczeństwa i strachu przed utratą bratanka syna, postanawia nadal grać rolę Julii. Ale sprawa nabiera rumieńców, bo giną kolejne osoby z otoczenia Julity-Julii, pojawia się coraz więcej znaków zapytania i na jaw wychodzą fakty, które wstrząsną i tak mocno już zachwianym światem Julity.

Agnieszka Olejnik zaprasza na wykwintną ucztę czytelniczą, w której dominuje pikanteria. Mamy tutaj pokaźną porcję seksualnej niefrasobliwości z lekką domieszką dewiacji i wyuzdania, brutalne morderstwo noszące znamiona mordu rytualnego oraz wiele scen, w których flirt, elektryzujące napięcie seksualne oraz buzujące, erotyczne emocje przyprawiają czytelnika o pruderyjne rumieńce. Dla złagodzenia smaku Autorka dodała dywagacje emocjonalne i wewnętrzne rozbicie Julity, która postanowiła ciągnąć tę farsę, przez co sprowadziła na siebie wielkie, śmiertelne niebezpieczeństwo. Smaczna to uczta, oj smaczna, w rozkoszowaniu się smakiem nie przeszkadzał od czasu do czasu rozgryziony pieprz w postaci Kacperka, który płakał zawsze wtedy, kiedy było to mile widziane, tj. wówczas, kiedy brakowało pomysłu na spektakularne zakończenie konwersacji. 

Fabule daleko do realności zamiana osób przez nikogo niedostrzeżona, ani przez męża, ani ojczyma, ani przyjaciółkę? Niemożliwe... ale co z tego? Nie zmienia to faktu, że Nieobecną się pochłania, jak cudowny, obfity, niedzielny babciny obiad nie dajesz rady, ale brniesz dalej, bo nie możesz się powstrzymać, bo smakuje wybornie. A na końcu czeka deser! Delicious! Palce lizać! Kto nie jadł, ten gapa... bo Absens carens Nieobecny traci...

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Księgobójca. Maja Wolny. [Izabelka]

TYTUŁ: Księgobójca
AUTOR: Maja Wolny
WYDAWNICTWO: Czarna Owca
GATUNEK: kryminał/powieść obyczajowa

Zdjęcie autorskie Izabelka

Co znaczy księgobójca? Tytuł, który zwrócił moją uwagę. 
I okładka, która mnie zauroczyła. Po przeczytaniu stwierdzam, że świetnie pasuje do treści.

I tylko ja się pytam: dlaczego ta książka została wydana w Czarnej serii? Bo to nie jest tylko kryminał. Dla mnie jest to bardzo dobra książka obyczajowa z zarysowanym wątkiem kryminalnym. Bo dla mnie to nie morderstwo i próba odnalezienia sprawcy są w tej książce najważniejsze...

Czytam odkąd pamiętam. Nie wyobrażam sobie życia bez książek. Jestem klasycznym molem książkowym. Dlaczego o tym piszę? Bo to właśnie miłość do książek i czytania jest tutaj głównym bohaterem. Bo czy można kochać książki ponad wszystko? A kiedy pasja przeradza się w obsesję?

Wiktor Krzesim prowadzi w Amsterdamie urokliwą księgarenkę. I obserwuje przez szybę Życie. Które toczy się jakby obok niego. Jest samotnikiem zakochanym w książkach  (ale w jego sklepie nie znajdziemy nowości i bestselerów) i w jednej kobiecie, którą darzy miłością platoniczną.
Kiedy ginie słynny restaurator mebli, Eva Paelinck wszczyna śledztwo. Instynkt policyjny podpowiada jej, że to było morderstwo, choć nic na to nie wskazuje. Zaczyna przesłuchiwać podejrzanych i zbierać dowody. To, co odkryje, zaskoczy ją samą. Czy Wiktor, który jest uważnym obserwatorem, pomoże pani policjant? A może to on jest podejrzanym?

To moje pierwsze spotkanie z autorką. Ale jakże udane! Zachwycił mnie sposób narracji i język. Bogate słownictwo, piękny styl. Sposób przedstawienia niektórych spraw i problemów bardzo mi bliski. Książkę czyta się płynnie i z przyjemnością. Klimat deszczowego Amsterdamu oddany cudownie. Króciutkie rozdziały o starości skłaniają do myślenia. Wątki współczesne dobrze pomieszane z dawnymi latami.  Emocje opisane wiarygodnie, łzy stawały mi w oczach... Relacje pomiędzy bohaterami odkrywane powoli. Akcja toczy się niespiesznie. Nie ma serii trupów i błyskawicznych akcji. Jest duch holenderskiego miasta z klimatycznymi uliczkami w oparach mgły albo w strugach deszczu. Słychać rowerowe dzwonki i czuć zapach jointów. Widać księżyc odbijający się w kanałach.

Autorce udało się mnie skłonić do zastanowienia nad kilkoma sprawami. Czym jest pasja, miłość, obsesja, starość? Czy ze wszystkim można się w życiu pogodzić? Czy nienawiść jest silniejsza niż miłość? A jak silna jest zazdrość?

Zastanawiał mnie tytuł. Po lekturze stwierdzam, że jest idealny. Serce mi krwawiło, kiedy czytałam o niszczeniu książek... Choć są tacy, którzy uważają, że cel był ważniejszy...

Lubię takie spotkania. Zostałam zaskoczona i sposobem pisania, i niezwykłą historią, i zakończeniem.

Polecam szczerze.
Szczególnie molom książkowym.

PS. Jeśli jeszcze kogoś nie przekonałam, to tylko dodam, że pochłonęłam tę książkę w jeden dzień.

Zdjęcie autorskie Izabelka

środa, 22 marca 2017

Zagubiony szlak. Beata Zdziarska [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Zagubiony szlak
AUTOR: Beata Zdziarska
WYDAWNICTWO: Szara Godzina
GATUNEK: Powieść obyczajowa

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik
Trzy historie, trzy poharatane przez życie osoby i jeden wieczór, przy wesoło trzaskających polanach drewna w ciepłym, przytulnym schronisku górskim.
Paweł. Marta. Jan. I tajemniczy gospodarz niewielkiego, zagubionego w górskich rejonach schroniska, które sprawia wrażenie nierealnego, tajemniczego i dziwnie kojącego. Jakby przebywanie w tej niewielkiej izbie ogrzewanej samym tylko kominkiem wydobywało skrywane głęboko pokłady pokory i szczerości. Takiej szczerości względem słuchających nas osób, która zaskoczy nawet nas samych.
Dwoje nieznajomych sobie osób Paweł i Marta przypadkiem spotykają się na górskim szlaku w Bieszczadach. I to w dość nietypowym czasie wszak to wigilia Bożego Narodzenia. Zmęczenie, szybko pojawiający się mrok, który spowija górskie ścieżki oraz sypiący nieustannie śnieg, przez który widoczność i rozeznanie w terenie staja się bardzo kiepskie sprawiają, że para wędrowców gubi się na szlaku. Niespodziewanie zauważają blask światła są uratowani.To zapomniane, niezaznaczone na mapie schronisko. To w nim przyjdzie im przetrząsnąć swoje sumienie i wydobyć na światło dzienne sprawy, uczucia i myśli zepchnięte w odmęty zapomnienia. Utajonego zapomnienia. Enigmatyczny gospodarz zbywa ich pytania odnośnie dziwnej lokalizacji schroniska oraz braku oznaczenia owego przybytku na mapie. Niebawem do trójki grzejącej się przy kominku osób dołącza zziębnięty Jan. Każde z nich uraczy słuchaczy (i czytelników) historią swojego życia i opowie jakie wydarzenia sprawiły, że zamiast spędzać wigilię w gronie rodziny i najbliższych, wyruszyli na samotna podroż w Bieszczady.

Paweł wraz z małżonką "pędzili autostradą radości i zadawało im się, że tak będzie już zawsze". Jednak nieustanna presja, balast psychiczny: mieć więcej, bardziej, mocniej, lepiej, sprawiło, że niestabilne szczęście runęło jak domek z kart. Jedna nierozważna decyzja doprowadziła do kolejnej. A ta do następnej. I tak Paweł ze szczęśliwego męża, ambitnego pracownika, spełnionego zawodowo i życiowo człowieka stanął nad przepaścią. I moralnym dylematem  co jest ważniejsze: postępowanie zgodnie z hierarchia wartości czy dążenie do wytyczonych celów.

Marta i Magdalena. Siostry bliźniaczki... i wieczne rywalki. Z tą różnicą, że Marta była zawsze na straconej pozycji: zawsze ta brzydsza, ta mniej inteligentna, błyskotliwa, zaradna i miła. Z biegiem lat ich relacje się pogorszyły. Nie było punktu zwrotnego, była tylko postępująca kumulacja wzajemnych żalów i pretensji. Jak wielkiej siły potrzeba aby wypowiedzieć szczerze, z ręką na sercu słowa "przebaczam". I czy wszystko można wybaczyć? Marta ma się przekonać jak wielkich pokładów psychicznej siły potrzeba, aby moc ze spokojem patrzeć w przyszłość odcinając się od przeszłości wypełnionej żalem i zazdrością.

Jan. Niedoszły ksiądz. Człowiek, który nieustannie poszukiwał słusznej drogi życia. Człowiek, który postępował zawsze zgodnie z kodeksem moralnym, będącym lustrzanym odbiciem Dekalogu. Jan był prawdomówny, skromny i po prostu dobry. Jednak, jak pokazuje jego historia, i tak szlachetna ścieżka życia jaką obrał nie gwarantuje szczęśliwego życia.

Zagubiony szlak jest idealną lekturą, kiedy za oknem szaleje zamieć śnieżna, palące się drzewo wesoło trzaska w kominku. Ale nie tylko. Powieść ma tak uniwersalny przekaz i jest tak zgrabnie napisana, że czytać ją będziemy równie zachłannie w grudniowy wieczór jak i lipcowe popołudnie. 
Autorka maluje słowem prawdziwe ludzkie tragedie i wielkie życiowe dylematy. Przypuszczam, że nie przypadkowo czas akcji przypada w wigilię Bożego Narodzenia. Wszak wigilia oznacza oczekiwanie na coś wielkiego, na coś, co może odmienić nasze życie i rzucić nas na inny tor. Bohaterowie właśnie w wigilię dokonują bilansu zysków i strat swojego życia. Stoją przed ważną decyzją i opowiadają historie obdartą z subiektywizmu starają się wsłuchać w głos rozsądku i serca. Opowieść bez kolorowania i oznaczania czarnych i dobrych charakterów sprawia, że paradoksalnie odkrycie największych i najbardziej wstydliwych sekretów wyzwala przynosi ukojenie.
Bardzo ciepła, momentami wzruszająca opowieść o zwyczajnych ludziach i problemach z jakimi się borykają. Przypuszczam, że wielu z nas znalazło się w identycznych sytuacjach jak głowni bohaterowie: nieporozumienia z rodzeństwem, strach o finansową stabilność, rozterki miłosne, nieszczęśliwe małżeństwo. Autorka w sposób bardzo delikatny kreśli obraz większych i mniejszych dramatów życiowych. Nie ocenia, nie piętnuje, nie sugeruje kto jest dobry a kto zły. 
Każdy z nas znalazł się nie raz i nie dwa na rozdrożu. Zapewne wiele razy także zgubił szlak. Nie pomagały znaki, nie pomagały rady znawców, nie pomagała intuicja. Błądzenie jest rzeczą ludzką, sęk w tym, aby wrócić na ten dobry tor i wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów.
Zagubiony szlak bardzo delikatnie nawiązuje do wiary w Boga. Są to subtelne, mało napastliwe wtręty, które wskazują, pomagają i lekko nakierowują.

Ludzie wierzący za swoje niepowodzenia mogą przynajmniej obwinić Boga i jest to niewątpliwa przewaga nad tymi, którzy nie wierzą.
 
Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

sobota, 18 marca 2017

Róża Północy. Lucinda Riley [Izabelka]

TYTUŁ: Róża Północy
AUTOR: Lucinda Riley
WYDAWNICTWO: Albatros
GATUNEK: powieść obyczajowa/saga rodzinna

Zdjęcie autorskie Izabelka




Mogę śmiało napisać, że znów trafiłam na "chusteczkową książkę". Bo tej powieści nie da się czytać bez chusteczek.
To moje pierwsze spotkanie z autorką. I od razu strzał w dziesiątkę. Spodziewałam się "babskiego czytadła", a dostałam pięknie opowiedzianą sagę rodzinną na tle wydarzeń XX wieku. 
Książka dość długo przeleżała na stosiku, bo odstraszała mnie swą objętością. 573 strony. A ja nie lubię takich "cegieł". Jednak liczba stron okazała się bez znaczenia, kiedy zaczęłam czytać. Powieść ta napisana jest w taki sposób, który zapewnia szybkie i płynne czytanie. Oczywiście, jeśli akurat nie ocierasz łez i nie wycierasz nosa...

Akcja poprowadzona jest dwutorowo: rok 1911 i kolejne lata oraz rok 2000 i późniejsze. Geograficznie fabuła rozciągnięta z rozmachem: Anglia, Francja i Indie. 
Trudno napisać cokolwiek o samej treści nie zdradzając istotnych wątków fabuły. 
Postaram się Was zachęcić w inny sposób.

Książka opowiada o stuletnim życiu Anahity Chaval. Urodzonej na początku XX wieku indyjskiej arystokratki, której przyjdzie być świadkiem wszystkich większych wydarzeń tegoż stulecia. 
Pływamy z Anahitą parowcem pomiędzy Anglią a Indiami, odwiedzamy królewskie pałace indyjskich maharadżów, poznajemy wiejskie rezydencje angielskiej arystokracji, 
Towarzyszy nam cała paleta uczuć i wrażeń: zachwycamy się kolorowym światem przepełnionym indyjskimi zapachami, czujemy chłód angielskich posiadłości, odczuwamy różnice kulturowe pomiędzy Bretanią a jej azjatycką kolonią, cieszymy się z bohaterką, kiedy uda się jej wyleczyć kolejnego chorego, tęsknimy za indyjską przyjaciółką, płaczemy po śmierci rodziców, odkrywamy jak ważne są geny. To tylko jeden z wątków.
Druga historia dziejąca się współcześnie to losy Ari Malika, który w pogoni za pieniędzmi zagubił sens życia. Firma rozwija się wspaniale, Ari zwiedza w interesach cały świat, jest pozbawiony trosk materialnych, Dopiero odejście wieloletniej partnerki, której znudziło się wieczne czekanie na biznesmena, uzmysławia mu jak jałowe jest jego życie. Postanawia odwiedzić Anglię.
I tu też mamy cały wachlarz emocji: jałowość życia duchowego współczesnego człowieka, odkrywanie jak ważne są rodowe korzenie, dostrzeganie wielkich zmian, jakie dokonały się na przełomie, raptem, stu lat, dostrzeganie drobnych radości dnia codziennego, zauważenie jak ważne są więzi rodzinne, odkrywanie tajemnic własnej rodziny.
Bo Alik to prawnuk Anahity. Na swoich setnych urodzinach przekazuje mu swój dziennik, w którym zapisane jest historia jej życia.

Powieść ta ma niesamowity klimat i nastrój. Kiedy czytałam o indyjskich pałacach, to czułam zapach przypraw i kadzidełek. Kiedy przemierzałam angielskie wrzosowiska-wiatr we włosach i podziwiałam piękne widoki. Czułam pustkę i zagubienie Arika oraz smutek i tęsknotę Anahity. 
Choć zakończenie może, przynajmniej, dla niektórych przewidywalne, to autorka wielokrotnie mnie zadziwiła w trakcie czytania i totalnie zaskoczyła finałem tej historii.

Dla ułatwienia oznaczę tę książkę kilkoma etykietami: saga rodzinna, tajemnice z przeszłości, wielka miłość, wielka tragedia, siła uczuć, bogate tło obyczajowe.
Polecam gorąco.

poniedziałek, 13 marca 2017

Mechaniczna ćma. Joanna Pypłacz [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Mechaniczna ćma
AUTOR: Joanna Pypłacz
WYDAWNICTWO: Videograf SA
GATUNEK: Powieść obyczajowa/Horor


Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

To, co uważamy za szczęście, to zwykła utopia i złudne uogólnienie. Istnieją tylko ulotne lśnienia... Ludzie je ustawicznie ścigają, lecą do nich jak ćmy do płomienia świecy.

Kraków. Marzec 1900 roku. Kobieta medium, malarka zmarłych oraz zegarmistrz. Oryginalni, intrygujący i nieświadomi tego, że jedno spotkanie odmieni całe ich życie. Troje indywiduów: do Celiny zwracają się znękane, przygniecione ciężarem smutku, nierzadko także wyrzutami sumienia osoby, które nie zdążyły pożegnać się ze zmarłymi bliskimi. Młoda kobieta odbiera sygnały ze świata umarłych, wizualizuje obrazy, które powracają w snach oraz na jawie, kiedy osłabiony bezsennością i znękany dniem codziennym organizm staje się podatny na iluminację. Paradoksalnie, jedyną osobą, której nie może pomóc Celina jest ona sama, ponieważ od wielu lat próbuje zainicjować więź ze zmarłą matką. Bezskutecznie. Te nieudolne próby kładą się cieniem na jej życiu. Annabella ma niesamowity zmysł artystyczny, maluje przepiękne obrazy. Jednak jej talent ma niezwykłą, specyficzną i niebezpieczną moc... dlatego jej jedynymi "modelami" mogą być ludzie... martwi. Leonard to przystojny, ambitny, młody artysta ofiarujący drugie życie śrubkom, nakrętkom i innym niepotrzebnym metalowym elementom tworząc z nich misternie skonstruowane małe, mechaniczne dzieła sztuki. Łączy pracowitość, sprawność manualną oraz innowacyjne metody w spójną całość w wyniku czego powstają mechaniczne zwierzęta. Jego dziełem jest także tytułowa mechaniczna ćma. Zepsuty zegar sprawia, że losy Celiny, Annabelli i Leonarda splatają się ze sobą w nierozerwalny węzeł. A w ten węzeł wplątują się łzy smutku, okrzyk radości, ukradkowe spojrzenia, pierwsze zauroczenia, miłość, pożądanie, zazdrość, która potrafi zniszczyć, zdrada, która popycha do zbrodni...

Powieść Joanny Pypłacz zabiera nas w podróż do dziewiętnastowiecznego Krakowa, na spacer po brukowanych ulicach, w towarzystwie wytwornych dam, dżentelmenów i zacnych jegomości. Wysublimowany język, oryginalny styl i lekkość pióra Autorki kreślą przepiękny obraz Krakowa  na przełomie XIX i XX wieku. Aura mistycyzmu i tajemniczości nadaje powieści specyficzny klimat odrobinę mroczny i bardzo tajemniczy. Mimo to nie określiłabym Mechanicznej ćmy mianem horroru. Owszem pojawiają się w powieści elementy grozy, szczypta irracjonalności, ale stanowią one jedynie dodatek do zmyślnie wykreowanej powieści obyczajowej i dotyczą bardziej sfery psychicznej aniżeli fizyczne obecnych widzialnych "straszydeł".

Wątki poszczególnych postaci zazębiają się jak sprawnie działający system śrubek, przekładek i części składowych dobrze naoliwionego mechanizmu zegara. Działanie jednego elementu inicjuje ruch kolejnej, co z kolei napędza do działania całą machinę. Mnogość wątków gwarantuje wartko płynącą akcję obfitującą w zaskakujące zwroty i pełną spokoju zadumę nad własnym życiem.

ludzie są jak owady [...] w pogoni za światłem jesteśmy skłonni rozbić się o szyb albo pofrunąć prosto w płomienie tylko po to, żeby za chwile spaliły nas żywcem.

wszyscy nosimy wewnątrz rany, którym nadajemy eufemistyczne miano tajemnic. Może dlatego, żeby mniej bolało, albo żeby nam się wydawało, że mniej bolą.

Zawirowania w życiu głównych bohaterów absorbują do tego stopnia, że po zakończeniu lektury  czytelnik czuje niedosyt... i przymusową eksmisję ze świata wypełnionego feerią barw, brzmieniem utworów najznakomitszych kompozytorów oraz światem innowacji artystycznej. Bo lektura Mechanicznej ćmy gwarantuje doznania estetyczne, wgląd w świat artystyczny, z muzyką poważną w tle. 

Malarstwo to rodzaj sztuki czarnoksięskiej, która sprawia, że paradoksalnie kwintesencją czyjegoś zwykłego życia może stać się niezwykłe dzieło sztuki.

Dojmujący chłód... niebywałe, jak sugestywne potrafią być słowa. Jak umiejętne sformułowania, odpowiednio wyselekcjonowane epitety tworzą specyficzny klimat. Zima na ulicy Gołębiej w Krakowie przyprawia czytelnika o gęsią skórkę, bo czytając czujemy obezwładniający chłód, toniemy w zasnutych gęstą mgłą, ciasnych uliczkach, gubimy się we wnętrzu warsztatu zegarmistrza, zastawionego dziwnymi, ale pełnymi uroku innowacyjnymi tworami mechanicznymi. Annnabella maluje obrazy, Pani Joanna Pypłacz maluje słowem. W dobie wszechogarniającej "bylejakości", która dotknęła niestety także świat literatury, Mechaniczna ćma jawi się jako barwny, egzotyczny motyl wśród bezbarwności, miałkości i przeciętności. Dbałość o szczegóły, przepiękny język, skrupulatne rozwijanie podejmowanych wątków, ziarenko niepewności i nierealności tworzą dopracowaną powieść. Piękną powieść.

Podobnie jak ludzkie marzenia, ćmy również latają bezszelestnie.

Mechaniczna ćma zachwyca i potwierdza, że współczesna powieść potrafi być małym dziełem sztuki.

środa, 8 marca 2017

Esesman i Żydówka. Wojna i miłość. Justyna Wydra [Izabelka]

TYTUŁ: Esesman i Żydówka. Wojna i miłość
AUTOR: Justyna Wydra 
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Zysk i S-ka
GATUNEK: powieść obyczajowo-historyczna
Zdjęcie autorskie Izabelka



Co za diabeł mnie podkusił żeby sięgnąć po tę książkę? I to jeszcze wieczorem! Ki diabeł?
A! Wiem. To nie diabeł tylko mój niezawodny nos mola książkowego. Dobrze mam z nim, nie?

Już sam tytuł mówi nam o czym jest książka. I tak jak się spodziewałam była w niej i wojna, i miłość, i Niemcy, i Żydzi. Liczyłam na romans w czasach wojny, może trochę ckliwy, może trochę łzawy. 
I się, kurna, zdziwiłam! I to bardzo. Tak naprawdę to jest moje pierwsze spotkanie z twórczością Justyny Wydry. Nic o niej i jej twórczości nie wiem. A po tę pozycję sięgnęłam, bo książka należy do nurtu tematyki wojennej, a po taką sięgam najczęściej.
Ta książka wyróżnia się spośród czytanych ostatnio przeze mnie lektur. Czym? Podam przykład: lody można jeść na kilka sposobów, prawda? Można iść do sklepu i kupić zimną słodkość na patyku. I już, bo się takie lubi. Ale można też wejść do kawiarni i zamówić deser lodowy z mnóstwem wspaniałych bakalii, owoców i innych słodkości. I już, bo się takie lubi.
I ta książka jest właśnie jak ten deser lodowy: niby słodka melba, ale jakże różna od tej zimności na patyku. "Esesman i Żydówka" są dla mnie taką piękną niespodzianką.

Tak jak napisałam wcześniej, spodziewałam się ckliwego romansu. A go nie dostałam. Bo to jest historia pewnej miłości, która nie powinna w ogóle mieć miejsca, a jednak, pomimo niesprzyjających okoliczności, rozkwitła niczym kwiat po burzy. I to jakim językiem napisana. Właśnie ten sposób narracji mnie zachwycił. Niesamowity styl i słownictwo. Piękne zbudowane zdania (na własny użytek ja je sobie nazwałam: zdania bardzo wielokrotnie złożone), które czytałam po wielokroć. Były powodem tego, że nie raz łykałam łzy. Bo nie dość, że historia wzruszająca, to jeszcze ten sposób narracji... Ale chyba nie dla każdego.

Pisałam już chyba o tym, że każdą historię można opowiedzieć na wiele sposobów. Pani Justyna wybrała taki, jak lubię. Pełen "mięsistych" zdań i cudownych porównań. I rzuciła między te zdania mnóstwo pytań. O miłość, zdradę, wojnę, zazdrość, zemstę, patriotyzm, współczucie, człowieczeństwo. Jest nad czym myśleć. I to też lubię w czytanych przeze mnie książkach.
Zwróciłam jeszcze uwagę na takie""wstawki", które pisane są w pierwszej osobie, czyli raz przez Deborę, a raz przez Brunona. Ciekawy zabieg, z którego możemy poznać spojrzenie bohaterów na omawiane wydarzenia.

A może napisać coś o fabule? Ale w sumie po co? Można ją opisać w kilku zdaniach. Polska, 1939 rok, żydowska sanitariuszka spotyka w lesie rannego Niemca. Wbrew woli innych medyków, opatruje mu ranę i ucieka. I tym sposobem ratuje mu życie. Potem spotykają się jeszcze wielokrotnie i esesmanowi los daje szansę odwdzięczyć się. Bardzo dobrze opisane są tu realia wojennego życia, wnikliwie przedstawione rozterki Polki i Niemca. Dobrze wiedzą, że ich znajomość nie może mieć ciągu dalszego, że oboje narażają siebie nawzajem. Nadchodzą rozkazy i Brunon musi wyjechać. Nie mówią sobie "do zobaczenia" lecz "żegnaj", bo mają świadomość, że się więcej nie zobaczą. Jest jesień 1944 roku. Wojna zbliża się ku końcowi. I tak kończy się część pierwsza.
Druga część opowiada dalsze losy Debory. I Brunona. Zawierucha powojenna, poszukiwania zaginionych członków rodzin, szukanie swojego miejsca w nowo powstałej rzeczywistości, walka z demonami przeszłości, powstawanie i działania nowej władzy w Polsce. Pięknie to autorka opisała.
I nic więcej nie napiszę o fabule. Obstawiałam wiele zakończeń. Brałam pod uwagę różne warianty zakończenia. Ale nic z tego! Zakończenie może i przewidywalne, ale... Jest jedno duże ALE! Epilog mnie rozłożył na łopatki, wcisnął w fotel i wyrzucił z kapci!

Jest to kolejna książka, którą powinni sprzedawać razem z chusteczkami. 
Nie mogłam się powstrzymać od łez. Może naiwna i banalna jest ta historia, ale z pewnością świetnie opowiedziana. Wiele razy mnie autorka zaskoczyła zwrotami akcji, zachwyciła cudownie skonstruowanymi zdaniami, kazała zastanawiać się, w trakcie czytania, nad wieloma sprawami. Nie mogłam oderwać się od czytania, zapominając o całym świecie.
I ta okładka. Po przeczytaniu stwierdzam, że świetnie dobrana do treści.

Polecam!

Zdjęcie autorskie Izabelka

piątek, 3 marca 2017

Zagubione godziny. Karen White. [Izabelka]

TYTUŁ: Zagubione godziny
AUTOR: Karen White
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Albatros
GATUNEK: powieść obyczajowa

Zdjęcie autorskie Izabelka


Po tę książkę sięgnęłam skuszona opisem na okładce. Bo zawierała kilka elementów, które lubię: tajemnica rodzinna, pasja bohaterki, skomplikowane relacje rodzinne, szukanie swojego miejsca na ziemi, odnajdywaniu nadziei. Powiem szczerze, że to moje pierwsze spotkanie z autorką. I od razu bardzo udane. W Polsce wydana została tylko ta książka, choć Pani Karen napisała ich już 16. Ups!

Główną bohaterkę, Piper Mills, poznajemy w momencie kiedy wraca do domu dziadków, który po nich odziedziczyła. Ukochana babcia umarła w domu opieki, a dziadek nie czeka zbyt długo i dołącza  do żony. Panna Mills wychowała się w tym domu i zamieszkała w nim po wypadku, któremu uległa spadając z konia. Piper, pogrążona w żałobie i wspomnieniach snuje się po domu. I na strychu odkrywa tajemnicze pomieszczenie. I wtedy przypomina sobie, że razem z dziadkiem zakopała w ogródku tajemnicza skrzynkę. Odkopuje ją i przegląda zawartość. Żadnej rzeczy nie rozpoznaje. Znajduje listy i dziennik babci. Po lekturze tych zapisków postanawia odnaleźć jej przyjaciółkę i dowiedzieć się czegoś więcej. Ale starsza pani nie chce spotkania. Sprytna Piper udaje się do posiadłości babcinej przyjaciółki pod przybranym nazwiskiem. Pobyt w tym domu odmienia jej życie. A także podejście do wielu spraw. Poznajemy kilka ciekawych postaci. Lilian, starsza pani, która nie chce wracać do przeszłości. Helen, wnuczka Lilian, która jest niewidoma i żyje pogodzona ze swoją niepełnosprawnością. Tuckera, brata Helen, który opłakuje swoją zmarłą żonę i nie umie przez swą żałobę odnaleźć się w roli samotnego ojca. I są jeszcze one: KONIE. Nie myślę tu jednak o jakimś konkretnym zwierzęciu, ale raczej jak o bohaterze zbiorowym.

Jak zakończy się ta historia? Czy Piper odkryje tajemnice babci? Czy Lilian ujawni przed rodziną głęboko skrywany ból? Czy niewidoma Helen nauczy czegoś Piper? Czy Tucker znajdzie wspólny język z córkami? Odpowiedzi na te i inne pytania, które same się pojawiają w trakcie czytania, odnajdziecie w książce.

Pani White to amerykańska pisarka. I pewnie dlatego akcja dzieje się w mieście Savannah i okolicach. To ważna informacja. Kiedy czytamy o latach młodości babci, a są to lata 20 i 30 XX wieku, poznajemy problem rasizmu w USA. Mamy też obraz kobiet i ich problemów: od zamążpójścia zgodnie z wolą ojca, roli kobiety w małżeństwie, aż do  trudów macierzyństwa.

KONIE. To bohater zbiorowy, choć drugoplanowy, ale jakże ważny w tej książce. Piper spada z konia, doznaje urazu, który nie pozwala na kontynuację kariery jeździeckiej. Trauma nie pozwala zbliżyć się jej do tych pięknych zwierząt. Tucker, który choć jest z wykształcenia lekarzem, ratuje konie przed okrutną śmiercią i pozwala im dożyć spokojnej starości u siebie na farmie. Bardzo dobrze ujęty "koński temat". Czytałam z przyjemnością.

Kolejny wątek na który zwróciłam uwagę, to miłość do kwiatów i szeroko rozumianego ogrodnictwa. Lilan kocha pracę w ogrodzie, niewidoma Helen uwielbia przesiadywać wśród kwiatów, babcia Piper uchodziła za eksperta ogrodnictwa. Rozmowy o rodzajach nasadzeń w ogrodzie, opisywanie zapachów i opowieści o kolorach... Aż sama poszłam zobaczyć czy wiosna zawitała już na moje podwórko.

Sprawa, która jest jeszcze poruszona przez autorkę, a która jest godna podkreślenia, to problem niepełnosprawności. Niedoszła dżokejka nie może pogodzić się z tym, że nigdy już nie weźmie udziału w zawodach. Na przeciwnym biegunie postrzegania rzeczywistości jest Helen. Wzrok straciła w wyniku choroby. Brak wzroku wcale jej nie przeszkadza w aktywnym życiu. Rozmowy kobiet i ich przemyślenia skłoniły mnie do zastanowienia nad tym, czym tak naprawdę jest niepełnosprawność.

W książce tej jest poruszonych wiele tematów. Jak dla mnie autorka bardzo dobrze je wszystkie posplatała. Nie czułam znużenia żadnym z tych tematów ani nagromadzenia innych. Odkrywanie tajemnic z przeszłości pokazane  w sposób pobudzający moją ciekawość, do tego stopnia, że ciężko było odłożyć książkę.

I dwa cytaty mnie zachwyciły:

"Każda kobieta powinna mieć córkę, której mogłaby opowiadać różne historie. W przeciwnym razie to, czego się nauczyła, staje się bezużyteczne, jak zapasowe guziki od wyrzuconej bluzki (...)".

"Dum  vita est, spes est. Dopóki trwa życie, dopóty jest nadzieja".

Mam tylko jedną uwagę. Zakończenie przewidywalne i, jak dla mnie, przesłodzone. Czekałam na wielkie WOW, a tu spełniły się moje spekulacje.
Ale niech ten jeden mały minusik Was nie odstrasza. Bardzo dobrze się czyta.
Polecam.

Zdjęcie autorskie Izabelka

czwartek, 2 marca 2017

Dziewczyna z daleka. Magdalena Knedler [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Dziewczyna z daleka
AUTOR: Magdalena Knedler
WYDAWNICTWO: Novae Res
GATUNEK: Powieść psychologiczno-obyczajowa
EGZEMPLARZ RECENZENCKI dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res


Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

Z wielką przykrością i bólem w sercu muszę zgłosić reklamację, ponieważ mój egzemplarz książki Dziewczyna z daleka jest wadliwy, zawiera bardzo znaczący błąd. Wydrukowano złe zakończenie. Ta historia nie może mieć takiego finału...

W pewien styczniowy, mroźny poranek w domu 95-letniej Nataszy Silsterwitz pojawia się, w dość oryginalny sposób, nieproszony gość. Okazuje się, że nieznajomy to Anglik Artur Adams i bynajmniej nie znalazł się w okolicy przypadkiem. Przypadkiem został jedynie znaleziony nieprzytomny w krzakach w stanie upojenia alkoholowego. Po początkowych perturbacjach, nieporozumieniach i zawirowaniach Artur wyjawia powód swojej wizyty. Chce poznać prawdę o przeszłości Nataszy Silsterwitz. Kartą przetargową w obliczu milczenia staruszki są dwie koperty ze starymi zdjęciami i srebrna piersiówka... na widok której kobieta przeżywa wstrząs. A słowa, początkowo niechętnie, z czasem płyną wartkim strumieniem i kreślą obraz wstrząsającej, trudnej, bolesnej historii, która sięga do czasów drugiej wojny światowej.

Pojawienie się Artura było punktem zwrotnym w życiu Nataszy. W miarę snucia opowieści, do czego została niejako zmuszona, nabierała przekonania, że ubranie w słowa swojej historii, którą tak skrupulatnie ukrywała, nie jest złym pomysłem. Może Artur, wnuczka Lena i policjant Wojtek po wysłuchaniu będą w stanie zrozumieć? Może znajdą słowa pocieszenia, a może nawet usprawiedliwienia? Tylko czy sama Natasza jest w stanie wybaczyć samej sobie to, że zdradziła i zabiła?

Co trzeba mieć w sercu, żeby dopuścić się takiego czynu?

Fabuła jest poruszająca, ale do strony dwusetnej nie uroniłam ani jednej łzy. Ale spokojnie. Łzy się pojawią. Wylewają się obficie i niemal spazmatycznie. Autorka dozuje emocje, przygotowuje grunt pod wzruszenie i obezwładniający smutek. Ze skutej lodem Syberii serwuje powrót do współczesności, do małej miejscowości u podstawy góry Ślęży, aby za chwile wskoczyć do przedwojennego okresu w majątku na Wileńszczyźnie. Skrupulatnie serwowane fragmenty z młodości Nataszy umożliwiają wnikniecie w głąb tej historii, w rozsmakowanie się w niej, zrozumienie i wczucie. Dlaczego Natasza nie usiadła, nie opowiedziała, tylko robiła "irytujące przerwy na spanie, jedzenie, wymianę nieistotnych uwag na nic nieznaczące tematy?"

Ale czy można ująć najważniejszy etap swojego życia w jeden monolog? 

Czy można ograniczyć się do faktów, zlepku czasowników i rzeczowników, najlepiej bez przymiotników bez ubarwiania, kolorowania, nawet, jeśli dominującą barwą miałaby tu być tylko biel jak śnieg i czerń jak śmierć, ból i zło. Akcja rozwijała się tylko z pozoru niespiesznie. Przerwy w opowieści idealnie obrazowały kontrast między współczesnością i przeszłością oraz wspomnianą już wyżej możliwość nabrania siły przed kolejną rundą w starciu ze zbrodnią, ogromem zła jakie ludzie zafundowali ludziom.

Czy to co wydarzyło się w przeszłości może mieć znaczenie dla osób żyjących współcześnie?
Czy raczej prawdą jest jak mantra powtarzane przez Nataszę zdanie:
Nic nikomu nie przyjdzie z grzebania się w przeszłości.

Co da nam pewność, że w człowieku czai się zło, gotowe ujawnić się w sprzyjających okolicznościach? Czy naprawdę potrzebujemy świadomości, że człowiek potrafi zamienić się w bestię zabijającą nie tylko z powodu własnych przekonań politycznych ale właśnie z powodu drzemiącego wewnątrz zła, gotowego wychynąć niepostrzeżenie i nami zawładnąć.

Dziewczyna z daleka to powieść idealnie wyważona emocjonalnie, z zachowaniem odpowiednich proporcji między współczesnością i przeszłością. Napisana przepięknym stylem, z dbałością o język, zawierająca nawet elementy humorystyczne. Z genialną kreacją psychologiczną bohaterów. Ciekawa charakterystyka Artura, którego celem było szukanie drążenie i odnalezienie prawdy; Leny niespokojnego ducha, która podróżowała po świecie, dokumentowała i uważała, że "przeszłość stanowiła ostrzeżenie"; młodej Nataszy, idealistki, po trosze komunistki, która uważała, że zmiany polityczno-gospodarcze w ówczesnym okresie są potrzebne, że powinno wydarzyć się coś co zachwieje utopijną wizją społecznego porządku, doprowadzi do konsensusu miedzy klasą robotniczą a rządzącymi; Tadeusza niepoprawnego marzyciela oraz eterycznej, delikatnej Julii. Najbardziej wzrusza utracona młodość, beztroska, szansa na normalne życie z prozaicznymi problemami. To wszystko wydarte przez brutalność wojny i podążające za nią: głód, strach i cierpienie.

Nad nami błyszczały gwiazdy, całe morze gwiazd, ja zawsze lecie, i noc była ciepła. Nigdy później nie widziałam już takiego nieba. Albo też nigdy później nie patrzyłam już w gwiazdy.

Śnieg zbity, twardy jak skała i szare niebo. Właśnie wtedy pomyślałam, że nigdy wcześniej nie widziałam prawdziwego śniegu. Nigdy nie przypisywałam mu cech żywiołu zdolnego zabijać.

Prócz trudnej, wypełnionej tragizmem historii z przeszłości Autorka w pięknym stylu opisuje współczesne dylematy, rozterki miłosne i nieśmiało rozkwitającą miłość dwojga zagubionych osób. Zwróciłam uwagę na bardzo istotną kwestię. Jak wielką rolę w opowiadanej historii miłosnej odgrywa perspektywa punkt widzenia. Czy Romeo i Julia zyskaliby taki poklask gdyby historia została opowiedziana z perspektywy Parysa? Czy miłość Wrońskiego i Anny Kareniny byłaby taka niezwyciężona i tragiczna, gdyby narratorem był Aleksiej Karenin?
I kwestia zasadnicza. Czy można wybaczyć? Czy można

zamknąć kilka kłopotliwych klapek w umyśle, zamazać obrazy, wyciszyć dźwięki, zdławić wyrzuty sumienia?

Perspektywa. Punkt widzenia.

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik

niedziela, 26 lutego 2017

Ćmy. Konrad Kissin [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Ćmy
AUTOR: Konrad Kissin
WYDAWNICTWO: Novae Res
GATUNEK: Powieść obyczajowa
EGZEMPLARZ RECENZENCKI dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik


200 stron. 6 opowiadań. Pierwsze z nich Ćma barowa przeczytałam dwukrotnie. Pierwszą stronę tegoż opowiadania przeczytałam 4 razy. Nie dlatego, że poruszyło me wnętrze, wzruszyło, czy zaintrygowało. Ja po prostu nie potrafię wydobyć sensu z tego zlepku wyrazów...

W opowiadaniu Ćma barowa narrator opisuje problem alkoholizmu. Główną uwagę w opowieści poświęca swojemu wujkowi, który swego czasu był szanowanym, zacnym człowiekiem, a teraz pozostały już tylko zgliszcza dawnego człowieczeństwa. Prócz głównego zarysu fabuły nie jestem w stanie wypowiedzieć się precyzyjniej. Jak sam Autor pisze, w trakcie czytania tego opowiadania byłam...

jak ktoś próbujący sobie przypomnieć drogę, coś wyrozumieć z rozlewającej się wszędy kupy, chaosu...

Zofia, bohaterka Psychotki to nauczycielka języka polskiego w łódzkim liceum. Samotna, zagubiona, uciekająca w świat wykreowany przez alkohol. Wyalienowanie, z pewnością nie majce podłoża w dzieciństwie, bo żadnej traumy w młodości Zofia nie przeżyła, sprawia, że w alkoholu próbuje odnaleźć ukojenie... i towarzystwo.
Zacytuje Autora, bo, o ile opowieść jest dość zrozumiała, to
Nie, nie szukam sensu w tej historii, już nie... 

Czytanie Utopca była przyjemnością, jak sam Autor zgrabnie to ujął w słowa, na wskroś masochistyczną.
Narrator odbywa rekonwalescencję w otoczeniu natury. Pewnego dnia odwiedzają go znajomi i zabierają na wycieczkę nad jezioro. Podczas tej wycieczki natrafiają na topielca. 
To opowiadanie jest co prawda bardziej spójne, ale także nie widzę w nim sensu. Jakby wyrazy zestawiono ze sobą przypadkowo. Możliwe, że tkwi w nim głębia i przekaz. Ja niestety ich nie odnalazłam.

Diana. O psie który bał się jeździć koleją to ciepła opowieść o szczeniaczku, który miał być psem a okazał się suką. Jak każdy przedstawiciel tego czworonożnego gatunku nie lubiła petard i niekoniecznie jak każdy: nie lubi podróżować. Enfante terrible to "wiejskie opowiadanie" o wiejskim, chorowitym chłopcu. A całość zamyka opowiadanie Kukułka.

Lubię wymagające lektury, które czyta się niespiesznie i ich działanie na psychikę czytającego można określić mianem terapeutycznego. Cenie pozycje powalniające pęd życia i inicjujące zadumę. Jednak zbiór niniejszych opowiadań wprawił mnie li tylko w stan rozdrażnienia. Wszak czytanie po trzy razy jednego zdania w celu wybycia z niego sensu nie należy do przyjemnych. Owszem, w końcu się udaje, ale czy na dłuższą metę takie roztrząsanie każdego zdania, każdego wyrazu nie jest męczące? Dla mnie było.

Zdanie:

bo jednak pomimo zewnętrznych oznak nie była to kobieta mocno osadzona w sobie, ba, przeciwnie, niezwykle labilna pod względem emocjonalnym, wszak typ jej osobowości, dający się wpisać w szerokie autystyczne spektrum, kwalifikował ja do leczenia psychiatrycznego (któremu notabene się poddała)

Albo:

Zosia wyobrażała sobie, ze w swoim nauczaniu uda jej się osiągnąć kompromis miedzy wymogami edukacyjnych kanonów a kontestacyjna chęcią natarcia na schematyzm przedstawień.

I:

jestem wprawdzie do aspektów informacyjnych anegdoty niezwykle sceptycznie nastawiony, a jednak swoimi czynami przeczę refleksji: opowiadając o kimś, opowiadam zawsze anegdoty, nic więcej.

...da się zrozumieć, ale zdania wielokrotnie złożone z nadmierną ilością zdań podrzędnych oraz mnogość dość trudnych słów sprawia, że książkę czyta się po prostu nieprzyjemnie.

Wspólnym mianownikiem wszystkich opowiadań jest ucieczka od rzeczywistości, od bólu, od trosk.. Nie znam Autora, ale na podstawie stylu, sposobu wypowiedzi mogę domyślać się, że jest to niezwykle inteligentny człowiek, z bogatym zasobem słownictwa i rozbudowanym warsztatem literackim. Jednak styl, w jakim zostały napisane opowiadania zupełnie do nie nie przemawia. Zbyt wiele zawiłości, niedopowiedzeń i zagmatwania. Zapewne był to zabieg celowy. Przypuszczam, że Ćmy znajdą swoich zwolenników. Jednak ja nadal pozostaję skołowana, z mętlikiem w głowie i brakiem odpowiedzi na pytanie "o czym był ten zbiór opowiadań i jaką refleksję pozostawił?"

czwartek, 23 lutego 2017

Barnim. Kamienie. Bernard Berg [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Barnim. Kamienie
AUTOR: Bernard Berg
WYDAWNICTWO: Tegono
GATUNEK: Powieść obyczajowa/Powieść przygodowa

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik


Barnim Kamienie to tak naprawdę krótkie opowiadanie stanowiące uzupełnienie po przeczytaniu Barnim Ogień, albo wdrożenie w akcję przed lekturą Barnim Ogień. Nie ma znaczenia, którą z dwóch perypetii Barnima przeczytamy jako pierwszą. I tak będziemy mieć radochę nie z tej ziemi.

Barnim przyjmuje od Edgara Erta zlecenie. Ma za zadanie potwierdzić autentyczność kamiennego ołtarzyku z portatylu sprzed ośmiu wieków. Nie pała zbyt wielkim entuzjazmem na myśl o tułaniu się po górskich miejscowościach i przeszukiwanie okolicznych kościołów. Jednak sytuacja finansowa zmusza go do podjęcia się wyzwania. Udaje się do miejscowości Rącz, aby zrealizować kontrakt. Ale... krew nie woda... więc prócz nieprzyjemnych okoliczności, jakim jest oddanie się realizowaniu kontraktu Barnim postanawia słuchać podszeptów własnego ciała. Zuzanna jest wszak zacną, młodą i urodziwą niewiastą, dlatego wielkim nietaktem byłoby nie skorzystać z okazji poznania jej walorów z bardzo bliskiej odległości. Innymi słowy Barnim postanawia ochędożyć dziewkę. Dziewczę nie oponuje, a skądże znowu!? Wręcz przeciwnie. W euforii tańca ciał okazuje się jednak, że ojciec Zuzanny jednak nie wyjechał. I staje się świadkiem niegodziwości, jakiej dopuścił się obcy przybysz na jego córce. Bynajmniej nie wprawia to ojca Zuzanny w stan euforyczny... Pierwszy klops w misji Barnima, bo... pochędożyć pochędożył, ale i kostkę skręcił w trakcie niefortunnego upadku z balkonu podczas zwinnego ujścia z miejsca zdarzenia. Drugi klops łączy się z tym pierwszym w sposób pośredni. Podczas miłej pogawędki dnia następnego w lokalnym pubie dowiaduje się, że kościół, w którym miał znajdować się kamienny ołtarzyk został obrabowany. Złodziej dokonał zuchwałej grabieży bogato zdobionej ikony oraz kilku innych przedmiotów. Barnim nie zdążył dowiedzieć się, czy to, po co przyszedł także padło łupem tajemniczego sprawcy, bo to właśnie Barnim zostaje o ową kradzież posadzony. Nie pomaga fakt, że burmistrzem okazał się troskliwy tatuś Zuzanny. Barnim zostaje pobity, wtrącony do wiezienia i ponownie pobity. Jednak jego zaradność życiowa, intelekt i błyskotliwość nie pozwalają zbyt długo korzystać z wątpliwych uroków gościnności aresztu w Rączu. Mocno nadwątlone ciało, skręcona kostka i poturbowane klejnoty nie przeszkadzają w snuciu planów ucieczki. I ich realizacji.

Barnim Kamienie to idealne uzupełnienie kreacji Barnima. W Ogniu jawił się jako zuch na schwał. W Kamieniach sprawia wrażenie  inteligentnego, to oczywiste, ale lowelasa. Nie zmienia to jednak faktu, że Barnima po prostu się lubi. Jego zaradność i samowystarczalność w kompozycji z buzującym testosteronem i ciętym językiem stanowią ciekawa mieszankę wybuchową.

Autor po raz kolejny serwuje nam porcję, tym razem niewielkich gabarytów, dobrej literatury. Szkoda, że to tak krótka odsłona prawdziwego "ja" Barnima, bo im dłużnej przebywa się w barnimowym świecie, tym bardziej chcemy poznać jego przeszłość. Pan Bernard niby wyjaśnia, ale stawia kolejne znaki zapytania i prowadzi w ślepe uliczki przeszłości głównego bohatera. Wiemy jedynie tyle, że lubi kobitki =) A kim jest tajemniczy zleceniodawca Edgar? Czym tak naprawdę jest kamienny ołtarzyk?

Powieść jest doskonałym wprowadzeniem przed lekturą Ognia. Czytelnik zapoznaje się ze stylem Autora, poczuciem humoru i wykreowanym światem. Ale stanowi także bardzo dobre uzupełnienie i "kotwicę w świecie Barnima", kiedy czytelnik nie jest jeszcze gotowy, aby wrócić do rzeczywistości po górskich wycieczkach i śledzeniu przygód głównego bohatera wraz z jego kompanią.

Ze zniecierpliwieniem czekam na ciąg dalszy.