Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żydzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żydzi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ostatni pociąg do Paryża. Michele Zackheim [Izabelka]

TYTUŁ: Ostatni pociąg do Paryża
AUTOR: Michele Zackheim
WYDAWNICTWO: Dom wydawniczy PWN Sp. z o.o.
GATUNEK: powieść obyczajowo-historyczna
Zdjęcie autorskie Izabelka



Przedstawiam Wam dziś książkę, która ma szansę na tytuł "Zaskoczenie roku". Dlaczego? Bo spodziewałam się kolejnej powieści o zakazanej miłości w czasie wojny, a dostałam... no właśnie co?
Dziś o tym, że literatura z "półki wojennej" potrafi mnie jeszcze zadziwić...

To moje pierwsze spotkanie z autorką. W Polsce została wydana tylko ta jedna jej książka, choć napisała ich kilka, jak chociażby "Córka Einsteina", którą z chęcią bym też przeczytała. Czekam na polską premierę.
Autorka to pisarka urodzona w 1941 roku w Nevadzie. Oprócz pisania realizuje się w dziedzinie sztuk plastycznych. To jest, jak dla mnie, ważna informacja. 

Tak, wiem. Powtórzę się. Na odbiór każdej lektury ma wpływ wiele czynników. Pierwsze co zwraca uwagę czytelnika to okładka. Ta bardzo mi przypadła do gustu. Klimatyczna i wspaniale oddaje treść.

Na jednej z pierwszych stron Pani Michele napisała, że historia przedstawiona na kartach jej powieści jest oparta na faktach. 
"W roku 1937 roku w Paryżu niemiecki obywatel, niejaki Eugen Weidmann, uprowadził moją daleką kuzynkę".
Choć, przyznaje też, że niektóre postacie są tworem jej wyobraźni.
I to też lubię w powieściach: połączenie faktów z kreatywnością autora.

Samą historię można przedstawić w kilku zdaniach. Lata 30 XX wieku. Amerykańska reporterka, Rose Manon, dostaje oddelegowana do Paryża jako korespondentka zagraniczna. A ponieważ świetnie sobie radzi, szef redakcji wysyła ją do Berlina. Przypominam tylko, że to ten czas kiedy to Pan Hitler dochodzi do władzy. I może nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że Rose jest pół-Żydówką. Choć w amerykańskim paszporcie nie ma o tym mowy...  W Berlinie poznaje Leona. Chłopak jest grawerem i "pracuje" dla nazistów. Między młodymi rodzi się uczucie...
I zaraz usłyszę: O, historia jakich wiele!
I tutaj muszę się NIE zgodzić.

Koleje losu przedstawione są z perspektywy osiemdziesięciosiedmioletniej Rose, która w 1992 roku, w wyniku likwidacji redakcji, dla której pracowała, dostaje z powrotem kufer ze swoimi tekstami i pamiątkami. I wtedy odżywiają wspomnienia. Panna Manon opowiada o wydarzeniach swojego życia wplatając uwagi i refleksje, które jej się nasuwają pod koniec tak długiego i ciekawego żywota. 
Porównuje wiele zdarzeń, rozmyśla nad swoim ziemskim czasem próbując je podsumować, zastanawia się nad swymi wyborami i tęskni za Leonem. Trochę nostalgicznie, ale bez przesady. Refleksyjnie.

Sam romans, bo chyba tak można nazwać tę znajomość, przedstawiony jest niezbyt szczegółowo, co mnie akurat odpowiadało. On Żyd, ona pół-Żydówka, Berlin, lata trzydzieste XX wieku. No nie mogło być sielsko i spokojnie. Szczególnie, że Leon skrywa tajemnicę, od której zależy życie wielu osób. Jak dla mnie, miłości w sam raz.

Kolejny element tej powieści na który zwróciłam uwagę, to sposób w jaki autorka przedstawiła nastroje w Europie w przededniu wojny. Opisy STRACHU są wręcz namacalne. Sposoby działania nazistów, zachowania cywilów wobec żydowskich sąsiadów ( i nie ważne czy francuskich czy niemieckich), polityka Hitlera, opisy wydarzeń po wprowadzeniu ustaw norymberskich, różne postawy samych Żydów wobec niemieckiej polityki, zastraszanie, przemoc, niedowierzanie. To wszystko niby jest mi znane z innych pozycji. Ale ta wyróżnia się tym, że są to obserwacje kobiety, która nie jest Europejką. Nie ma doświadczeń i nie jest przesiąknięta kulturą Starego Kontynentu. Ma zupełnie inne podejście do wielu spraw. Czytałam z zaciekawieniem.

Zwróciłam też uwagę na to, że Rose porównuje krajobrazy widziane z okien pociągu. Bo przecież jako korespondentka zagraniczna, a później wojenna, dużo podróżuje po Europie. Zachwyca się zielenią, widokami, kulturą i zestawia je z krajobrazami znanymi z Nevady. Trochę inne spojrzenie na tak dobrze znane nam tereny. Tak, to zdecydowanie ciekawy zabieg.

No i same fakty dotyczące porwania i procesu. Zainteresowanie mediów całą sprawą, proces sądowy i wykonanie wyroku ciekawie przedstawione. Jedzenie, picie i palenie podczas rozprawy... Nie mogę napisać nic więcej, gdyż musiałabym zdradzić istotne wątki fabuły. A tego bardzo nie chcę zrobić. Taki ładny kawałek historii francuskiego prawodawstwa.

I na koniec jeszcze dwie kwestie na które zwróciłam uwagę.
Relacje pomiędzy członkami rodziny Rose. Matka, która była bardzo egocentryczna. Wzbudzała we mnie same negatywne uczucia. Zimna i oschła ....brrr... I ojciec, który milcząco się na wszystko zgadzał. I dalsza rodzina, która się odcięła, bo...
To jak została przedstawiona praca amerykańskiej korespondentki w Europie bardzo mi przypadło do gustu. Nie zawsze było ciepło i wygodnie. I te ciągłe podróże, to ciągłe uczucie niepewności. Zdecydowanie interesująco pokazane.


"Ostatni pociąg do Paryża" to nie jest najlepsza książka o drugiej wojnie światowej jaką czytałam. I nie rzuca na kolana. Ale mnie się spodobała z tych kilku powodów o których pisałam wcześniej.
I dlatego polecam.

Zdjęcie autorskie Izabelka

poniedziałek, 27 marca 2017

Chłopiec na szczycie góry. John Boyne [Izabelka]

TYTUŁ: Chłopiec na szczycie góry
AUTOR: John Boyne
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Replika
GATUNEK: powieść
Zdjęcie autorskie Izabelka

Tak się zastanawiałam nad tą książką. Czytałam już wszystkie książki tego autora dla dorosłych wydane w Polsce. To czemu nie miałabym przeczytać najnowszej? Skoro akcja dzieje się w latach trzydziestych XX wieku i w czasie wojny. Skoro padają takie słowa: Hitler, Żydzi, brunatne koszule... Czyli tematyka jak najbardziej "moja".

Ale niestety! Jestem zawiedziona. Tak samo jak po "Chłopcu w pasiastej piżamie". Obie te książki grają na emocjach i są wzruszające. I nic więcej. NIC!

Opisy tej lektury są naprawdę zachęcające. Chłopiec, który mieszka we Francji z rodzicami, przyjaźni się żydowskim sąsiadem. Bardzo przeżywa rozstanie, ponieważ musi wyjechać. Zostaje sierotą i trafia do budula. Nie zagrzeje tam długo miejsca. Zaprasza go do siebie ciotka, której nigdy nie widział na oczy. Trafia do wspaniałego domu w górach, gdzie krewna jest służącą. Właściciel przyjeżdża do tej rezydencji kilka razy do roku, lubi porządek, jest wegetarianinem, kocha psy i piękne widoki. A jak się nazywa? Adolf Hitler. Przywódca III Rzeszy bierze go pod swoje skrzydła.
Jak to się skończy? Czy mały Pierrot zmieni się w bezwzględnego Pietera?

Pozycja ta wywołuje emocje. To jest bezdyskusyjny fakt. I nawet zastanawiałam się "co autor miał na myśli"... I wyszło mi, że pisarz chciał pokazać jak silne potrafi być pragnienie władzy. Jak ideologia, tutaj akurat nazistowska, może zmienić człowieka. Chciał przedstawić jak z niewinnego, francuskiego chłopca można zrobić zagorzałego członka Hitlerjugend. Takie są moje odczucia.
Ale cóż... Autorowi nie wyszło. Pokazać - pokazał. Ale to wszystko jest  mało wiarygodnie. Zmiany w chłopcu zachodzą powoli. Nie ma tu głębszych przemyśleń, nie zastanawia się, nie zadaje pytań. A jeśli już nawet mu się zdarzy, to.... przepraszam, ale jestem już chyba  za stara, bo nie mogłam uwierzyć. Nie przekonał mnie.
Pierrot nie zastanawia się, nie rozmawia, nie słucha ciotki. Nawet na rozstrzelanie ludzi patrzy bez emocji. Chce osiągnąć cel i nic się dla niego nie liczy.
Sam Hitler pokazany jest mało przekonująco. Nie mogłam uwierzyć, że zwrócił uwagę na syna służącej i mu pomagał.
I to tłumaczenie, że rezydencja Hitlera była położona w górach i nie docierały tam żadne wiadomości co się dzieje na świecie. I jak zmienia się sytuacja na wojennych frontach. No nie...

Podsumowując: pan Boyne pisze dobrze. Przeczytałam jego 4 książki: "Chłopiec w pasiastej piżamie", "Chłopiec na szczycie góry", "Spóźnione wyznania" i "W cieniu Pałacu Zimowego". I jakie wnioski?
Dwie pierwsze są bardzo emocjonujące, ale mnie nie przekonały. Za to dwie ostatnie z wymienionych są rewelacyjne i szczerze polecam. Naprawdę świetne powieści!
I nie zgadzam się na to, żeby autorowi przypiąć łatkę tego, który napisał "Chłopca..."!
Dla mnie już na zawsze ten twórca zostanie w mojej pamięci jako pisarz od Pałacu Zimowego...

Przeczytajcie jeśli chcecie. Nie namawiam.
Zdjęcie autorskie Izabelka

poniedziałek, 6 marca 2017

Meandry losu. Tom 1 "Pozbawieni ojczyzny". Niwen [Izabelka]

TYTUŁ: Menadry losu
AUTOR: Niwen
Wydawnictwo: Novae Res
GATUNEK: powieść obyczajowo-historyczna
Egzemplarz recenzencki dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res

Zdjęcie autorskie Izabelka

Dziś opowiem Wam o niezwykłej książce. Spójrzcie na okładkę. Są cywile, są żołnierze i są śmiercionośne samoloty. I właśnie o tym jest ta lektura: o codzienności w czasach wojny i o trudnych relacjach polsko-żydowskiej społeczności ziemi łomżyńskiej.

Okładka zwróciła moją uwagę. Po przeczytaniu stwierdzam, że idealnie pasuje do treści. Ale jeszcze bardziej zaciekawił mnie autor: Niwen. Hm... Pseudonim artystyczny? Niestety, mnie się nie udało odszukać żadnej informacji o autorze. I to jeszcze bardziej zaostrzyło apetyt na tę książkę. Sami rozumiecie: debiut trudnego do identyfikacji autora.

Często sięgam po książki osadzone w realiach drugiej wojny światowej. I nie tylko po wspomnienia świadków tamtych zdarzeń, ale i po historie, które się nie wydarzyły choć mogły. Fabuła zaczyna się latem 1939 roku. Poznajemy mieszkańców Łomży i okolic. Ludność tego spokojnego miasteczka i pracowitych wsi z niedowierzaniem przyjmuje wiadomość o wybuchu wojny. Każdy z nich ma jakieś plany: dzieci szykują się do szkoły, studenci planują wyjazdy na studia, a zakochani uzgadniają szczegóły zaślubin. Mieszkańcy z niepokojem zastanawiają się nad przyszłością.  Po kilku dniach wojny Niemcy zdobywają Łomżę, ale długo tu nie "goszczą". Wkraczają Rosjanie. Wprowadzają swoje "porządki". I tak ziemia łomżyńska zostaje częścią Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.
Poznajemy dwie rodziny.
Głową pierwszej rodziny jest Michał Łyn, rolnik, mieszkaniec wsi Setno, były żołnierz kawalerii rosyjskiej, mąż Genowefy i ojciec dzieciom. Michał cieszy się dobrą opinią we wsi: jest dobrym mężem, pracowitym gospodarzem, uczynnym sąsiadem.
Druga rodzina mieszka w Łomży. Elian Wiernik, student medycyny, jest nieortodoksyjnym Żydem. Poślubia Hannah, pracownicę biblioteki. Ślub, ze względu na wojenną rzeczywistość, jest cichy.

Nie napiszę o fabule nic więcej. Nie będę  Wam psuła radości z czytania.

Mnie się dobrze czytało "Meandry losu". Fabuła jest wciągająca, opisy wojennej rzeczywistości niezbyt drastyczne, postacie ciekawie, wielowymiarowe, informacje historyczne podane w sposób przystępny, język plastyczny.
Książka ta zaspokoiła moją ciekawość. Zawsze mnie zastanawiało jak wyglądało życie ludności cywilnej w czasie wojny. Bo przecież każdy musiał się przystosować, podporządkować nowej władzy, dbać o rodzinę. W tej lekturze właśnie to znalazłam: nie ma tu wielkiej wojny i działań zbrojnych. Jest smutna rzeczywistość polskiego obywatela, który najpierw musi odnaleźć się pod okupacją niemiecką, a później pod radziecką. Ale polski obywatel to nie tylko Polak. To także ludność żydowska i białoruska. Interesująco zostały pokazane postawy ludzi wobec okupanta. Bo nagle nie wiadomo czy sąsiad jest z nową władzą "za pan brat" czy może należy do polskiego podziemia. Wojenne warunki zmieniają ludzi, choć powody zmian każdy ma inne.
Zdobywanie jedzenia, dbanie o zwierzęta gospodarskie, bezsilność wobec wywożonych żydowskich sąsiadów, paraliżujący strach o rodzinę, bezkarna samowola władzy. To wojenna codzienność. Pokazana w sposób prosty, bez tkliwej egzaltacji i napuszonego tragizmu. Prosto i ciekawie.

Tak, zdecydowanie udany debiut.  To jest pierwszy tom noszący tytuł "Pozbawieni ojczyzny". Czyli będą kolejne części. Choć nic nie wiem o autorze, to z ciekawością będę wyglądać kolejnej jego książki. (I nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że autor jest mężczyzną).
Polecam.

Zdjęcie autorskie Izabelka

niedziela, 18 grudnia 2016

Czerń i purpura. Wojciech Dutka [Izabelka]

TYTUŁ: Czerń i purpura
AUTOR: Wojciech Dutka
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Albatros
GATUNEK: powieść historyczno/obyczajowa


Zdjęcie autorskie Izabelka

I kolejna piękna książka, która trafiła ostatnio w moje ręce. 
Chociaż piękna to niezbyt trafne określenie. Bardziej pasuje: szarpiąca emocje, poruszająca serce albo skłaniająca do zastanowienia się.
Powieść ta zachwyciła mnie z trzech powodów: bardzo dobra lekcja historii, niesamowicie ukazana historia dwojga bardzo różnych osób oraz przepięknie plastyczny język jakim jest to wszystko opowiedziane.
Książkę Dutki można rozpatrywać na dwóch płaszczyznach: historycznej i obyczajowej. Obie bardzo ciekawe. Ja jednak zacznę od historycznej. Wszak Dutka jest historykiem. I autorem pięciu powieści historycznych. 
W tej pozycji autor rewelacyjne przedstawił historię drugiej wojny światowej jak i lata tuż przed nią. Zrobił to tak, że pewnie niektóre osoby czytające nawet się nie zorientują, że w trakcje czytania są na lekcji historii. Powieść zaczyna się w 1938 roku na Słowacji i w Austrii. Poznajemy głównych bohaterów: Franza Weimerta i Milenę Zinger. Ona jest Słowaczką, on Austriakiem. Autor przedstawia życie tych osób na tle historii omawianego czasu. I tak wplata fakty historyczne takie jak Anschluss Austrii, noc kryształowa w Niemczech, aneksja Sudetów przez Hitlera, wprowadzanie ustaw norymberskich w życie. Autorowi udało się bardzo dobrze oddać nastroje panujące w Europie przed wybuchem drugiej wojny światowej. Dla mnie było naprawdę ciekawe poznać motywy, którymi kierowali się młodzi Austriacy kiedy wstępowali do SS.

"Esesman miał być nadczłowiekiem o wyjątkowych predyspozycjach ciała i ducha, czystym owocem eugenicznej myśli dzielącej ludzi na doskonałych i zarazem godnych życia i na tych, którzy nie byli tego życia warci."

I kiedy wybucha wojna Dutka dalej wspaniale prowadzi swoją lekcję historii. Kiedy Milena w 1942 roku trafia do Auschwitz autor rewelacyjne przedstawia historię obozu: budowa obozu i komór gazowych w Auschwitz-Birkenau, transporty Żydów z całej Europy: Słowacji, Niemiec, Austrii, Holandii, Belgi, Jugosławii, deportację Romów, uruchomienie krematoriów, bunt Sonderkommando. Poznajemy też "sławne" osoby takie jak Rudolf Hoess, Josef Mengele, ale też Edith Stein i Kazimierz Piechowski. 
Dutka także dość dokładnie i obrazowo przedstawił realia życia w obozie: strach, głód, brud, wycieńczenie. Tak od strony więźniów:

"Wszy to najmniejsi drapieżcy w łańcuchu pokarmowym Auschwitz. I te małe potwory nie były nawet w przybliżeniu tak straszne jak ludzie."


A od strony nazistów:

"Starsi esesmani wiedzieli coś o tym. Zabijali, ale mnóstwo pili. Przyszli do niego z papierosami i alkoholem. Beer powiedział: – Wykonałeś rozkaz. Spełniłeś obowiązek. Pierwsza śmierć jest tak potworna, że wyć się chce, ale potem ci przejdzie. Będziesz mógł dalej zabijać, ale w pamięci zostanie tylko ten pierwszy raz. Do zabijania można się przyzwyczaić".

Ale autor porusza także inne tematy. Tematy o których nie często czyta się w książkach o Auschwitz: rywalizacja pomiędzy więźniami, wykorzystywanie seksualne, homoseksualizm, wszechobecna korupcja, łapówkarstwo, pijaństwo i rozpasanie seksualne wśród esesmanów.

Płaszczyzna obyczajowa jest równie emocjonująca jak historyczna.
Milenę poznajemy jako utalentowaną muzycznie Słowaczkę pochodzącą z szanowanej żydowskiej rodziny. Jej życie się zmienia kiedy do władzy na Słowacji katolicki ksiądz Josef Tiso. Żydzi stają się obywatelami drugiej kategorii. Ale on taki dobry człowiek był...:

"Niemcy chcieli tysiąc pięćset marek za każdego Żyda, ale księdzu udało się wytargować tylko pięćset. Ale zapłacimy Niemcom dopiero po wszystkim, kiedy będziemy wiedzieli, ilu Żydów pojechało na roboty na wschód".

Franza spotykamy w Austrii. Nastolatek oddany rodzinie i Kościołowi. Nawet jest ministrantem. Lecz pod wpływem wielu wydarzeń wstępuję do Hiltlerjugend. A potem do SS. I właśnie na jednym ze szkoleń SS musi zastrzelić przyjaciela, który odmówił wykonania rozkazu.

"W tej chwili, kiedy wódka była mocna i po raz pierwszy w życiu naprawdę kurewsko dobrze mu smakowała, w sumieniu Franza Weimerta ścierało się dwu ludzi. Franz Weimert esesman, który zastrzelił swojego kolegę, i Franciszek ministrant. Żołnierz gardził ministrantem".

Od tego momentu rozpoczyna się przemiana Franza. 
Franz i Milena spotykają u bram piekła. Na rampie w Auschwitz. Chodź nic tego nie wróży, to esesman zakochuje się z czasem w Żydówce. Wyznaje jej miłość i chroni ją. Ona jest sparaliżowana strachem.
Nie będę opisywała dokładnie fabuły, bo chcę abyście sięgnęli po książkę. Bo naprawdę warto!
Przemiana Franza z bogobojnego ministranta w bezwzględnego zabójce pokazana bardzo ciekawie. Wątpliwości jakie targają Weimertem targają również czytelnikiem. Były momenty kiedy współczułam mu, ale i takie kiedy miałam ochotę chwycić za broń.
Autorowi udało się nie popaść w banał i kicz. Bo przecież nie on jeden opisywał już uczucie pomiędzy Żydówką a nazistą. Język jakim posługuje się Dutka jest bardzo plastyczny, a każde zdanie jest dopracowane i cudownie skonstruowane. Porównania i niektóre zwroty wbijają w fotel. Nic nie przytoczę. Czytajcie! A sposób w jaki przedstawia emocje, wrażenia, wątpliwości, przemyślenia bohaterów jest idealny do wyciskania łez. Zalecam do tej lektury chusteczki.

Ale mam jedno ALE: autor czasami wpada w pułapkę powtórzeń. Zwróciłam na to uwagę bo sama często w nią wpadam. I bardzo mnie wkurzało np kiedy opisując przedwojenne życie Mileny powtarzał w kółko: "ksiądz prezydent Josef Tiso". Przecież wystarczyło napisać "słowacki prezydent" albo "prezydent Tiso". I tak każdy czytelnik wiedziałby o kogo chodzi. A jeszcze znalazłabym kilka takich przypadków.

"Czerń i purpura" to niebanalna książka. Można powiedzieć, że rewelacyjna. Mnie skłoniła do wielu przemyśleń. I utwierdziła w przekonaniu, że nie każdy Niemiec jest zły, a każdy Żyd dobry. 

Polecam gorąco! Daje 10/10.


Zdjęcie autorskie Izabelka

środa, 14 grudnia 2016

Słowik. Kristin Hannah [Izabelka]

TYTUŁ: Słowik
AUTOR: Kristin Hannah
WYDAWNICTWO: Świat Książki
GATUNEK: powieść obyczajowa

Zdjęcie autorskie Izabelka
Przeczytałam. Udało się. Po tylu wspaniałych recenzjach i dzięki świetnej kampanii reklamowej trudno było przejść obok tej książki obojętnie. I przyjaciele, którzy przeczytali też namawiali. Przeczytałam. I cieszę się, że już skończyłam. Ale po kolei.

Słowik jest to opowieść o dwóch siostrach. Dwóch kobietach, którym przyszło żyć w okrutnych czasach. Każda z nich znalazła swój sposób na przetrwanie. Każda z nich walczyła na swoim froncie.
Bo czy wojna nie jest kobietą? Nieprzewidywalną, niespokojną, zadziwiającą...

Bo ta książka jest, w moich oczach, o wszystkich kobietach. Nie tylko o Isabelle i Vianne. O dziewczynach i paniach, które zostały same w domach, gdy ich mężowie, ojcowie i bracia wyruszyli na front. Zostały same z dziećmi, strachem, głodem, tęsknotą... Musiały żyć obok, bądź z Niemcami pod jednym dachem. Radzić sobie z przerażającą codziennością i nie myśleć o przyszłości. Ani nie wspominać przeszłości. Dokonywać rozdzierających serce wyborów i ponosić ich konsekwencje. Walczyć o każdy kolejny dzień i tulić wystraszone dzieci. Być silną dla swoich bliskich. I czekać na ich powrót. Przeżyć...

W obu bohaterkach odnalazłam cząstki siebie. Kiedy czytałam o Isabell, to zastanawiałam się czy wszystkie Izki takie są: niepokorne, uparte, krnąbrne, odważne, mocno kochające i niecierpliwe. Z Vianne zaś łączy mnie miłość do rodziny. Dla swoich dzieci jestem gotowa na wszystko, a i moje uczucie do męża jest niezmienne od lat. Bo nie trzeba robić rzeczy wielkich na wojennym froncie, by okazać się bohaterem o wielkim sercu.

Akcja dzieje się we Francji w latach drugiej wojny światowej. Mamy i Paryż, i francuską prowincję. Są niemieccy okupanci i francuski ruch oporu. Są dobrzy Niemcy i źli Francuzi. Są prześladowani Żydzi i ich obojętni sąsiedzi. Są angielscy lotnicy i pomagające im kobiety. Jest miłość, śmierć, tęsknota, złość, gniew, strach czyli emocji pod dostatkiem. Wszystko to, co lubię w książkach. Dla mnie mieszanka idealna. Czyli mnie się ta książka powinna podobać, ale niestety... Jest ALE.

Słowik mnie nie zachwycił. A spodziewałam się achów i ochów. Bo przecież tyle dobrego się o nim naczytałam.
Sama historia dwóch sióstr jest ciekawa. Ale opowiedziana bez napięcia i "po łebkach". Odniosłam wrażenie, że autorka chciała wpleść w swoją historię mnóstwo wojennych faktów. I wywózka Żydów i walka z ruchem oporu, i ratowanie angielskich lotników. Za dużo i mało dokładnie. Nic nowego się nie dowiedziałam. A chętnie bym zgłębiła temat przepraw przez Pireneje.
Autorce nie udało stworzyć klimatu i zbudować napięcia czasów wojny. Nie czułam strachu i ani raz serce nie przyspieszyło.
Język też mnie nie zachwycił. Brakowało mi pięknych porównań i plastycznych opisów. A potencjał był.
Fabuła poprowadzona bez efektu zaskoczenia. Dla mnie zbyt prosta i bardzo przewidywalna. A tego wręcz nie znoszę w książkach. Zakończenie jakiego się spodziewałam. Nie lubię.
Kiedy czytałam tę książkę miałam przed oczami serial "Allo, allo". Nie umiałam pozbyć się tego wrażenia przez cały czas czytania tej powieści.

Jestem zawiedziona. Z trudem dobrnęłam do końca książki.
Nie zniechęcajcie się moją opinią. Czytajcie. Od lat czytam tę tematykę i może dlatego z każdą przeczytaną książką robię się coraz bardziej wybredna. I coraz trudniej u mnie o zachwyt...

A wszystkim tym, którzy chcą poczuć klimat wojennej Francji polecam inne książki. Zdecydowanie lepiej napisane i bardziej ciekawe: "Klucz Sarah"  Tatiany de Rosnay, "Światło, którego nie widać" Anthonego Doerra, "Malarkę gwiazd" Amelii Noguery czy "Zimne popioły" Valentin Musso.    



Zdjęcie autorskie Izabelka
     

środa, 16 listopada 2016

Mischling czyli kundel. Affinity Konar [Izabelka]

TYTUŁ: Mischling czyli kundel
AUTOR: Affinity Konar 
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka
GATUNEK: wspomnienia, historia

Zdjęcie autorskie Izabelka

Ostrzeżenie! Osoby szczególnie wrażliwe proszone są o nieczytanie dalej.

Przedstawiam Wam głównego „bohatera” tej powieści: wysoki, postawny mężczyzna, elegancki, pachnący najlepszymi perfumami, zadbany, zawsze nienagannie ubrany, w starannie wypastowanych butach, nieskazitelnie białym fartuchu, kochający muzykę poważną, rozdający dzieciom cukierki, który każe do siebie mówić „Wujaszku”. Atrakcyjny? A wiecie jak się nazywa? Josef Mengele. Tak, to on, dla mnie, jest osobą pierwszoplanową i przyczyną wszystkich zdarzeń w tej książce.

Jest to opowieść o dwóch bliźniaczkach, które w 1944 roku, wraz z mamą i dziadkiem, trafiają do Auschwitz. I od razu zostają wypatrzone przez Anioła Śmierci. Rozdziela on rodzinę i dziewczynki trafiają do „ZOO Mengele”, jak mówią o dzieciach będących pod opieką tego lekarza. Mają dwanaście lat. Zostają umieszczone w baraku wraz z innymi „wybrykami natury”: bliźniakami, trojaczkami, karłami i kalekimi dziećmi. W baraku tym brzmi wiele języków.

Dziewczynki pochodzą z żydowskiej rodziny mieszkającej w Łodzi. Ojciec jest lekarzem, matka malarką, a dziadek profesorem biologii. Beztroskie życie kończy się wraz z przekroczeniem bram obozu. Pozbawione swojej rodziny, ubrań, człowieczeństwa, jedzenia muszą przystosować się do zastałych warunków.

Perła i Stusia Zamorskie to siostry, które nigdy się nie rozstawały, podobne jak dwie krople wody, rozumiejące się bez słów i kochające się do szaleństwa. Ponieważ narracja prowadzona jest naprzemiennie przez obie dziewczynki dowiadujemy się z dużą dokładnością w jakich „eksperymentach” brały udział i jakich „badań” były świadkami.

Przypominam! Mają dwanaście lat!

Dokładność opisów działań Anioła Śmierci zatrzymała mi krew w żyłach i przyprawiły o mdłości. Że o paraliżującym smutku nie wspomnę… A ja myślałam, że po tylu latach obcowania z literaturą wojenną trudno będzie mnie będzie doprowadzić do takiego stanu. Myliłam się!

Doktor Josef daje zastrzyki z „bursztynowego” płynu, wlewa wrzątek do uszu i nieznane substancje do oka, które powodują ślepotę. Ani Stusia ani Perła nie wiedzą jakim zabiegom są poddawane. Nikt nie tłumaczy ani nie wyjaśnia. Wszystkie „badania”, którym są poddawane dziewczynki przestawione są z perspektywy dziecka.
Bliźniaczki są też świadkami innych zdarzeń, które obserwują w szpitalu: wstrzykiwanie nieznanych substancji w różne części ciała, zabiegi chirurgiczne wątpliwej potrzeby, wycinanie narządów, zszywanie bliźniąt, aborcje na płodach i cesarskie cięcia, które zamiast dawać życie nowonarodzonym dzieciom, niosły śmierć… Ciężko przebrnąć przez te opisy…
A pan doktor rozdaje dzieciom cukierki…

Mengele wpada na pomysł, aby rozdzielić siostry Zamorskie. Perła trafia do klatki tak małej, że nie może się w niej ruszać. Zastrzyki, głód, ciemność, chłód, szczury to teraz codzienność. A Stusia poddawana jest „zabiegom” wraz z innymi dziećmi. W wyniku tych działań przestaje chodzić…
Perła nie wraca… Stusia pogrąża się w rozpaczy czarniejszej niż najgłębsza noc.

W końcu przychodzi wyzwolenie obozu. Okaleczone sieroty nie wiedzą co z tą swoją nowo nabytą wolnością zrobić. Dokąd iść, kogo szukać… Stusia wciąż rozpacza. Czas pokazuje, że wyzwolenie obozu to nie koniec kłopotów.


Książka nawiązuje do innej pozycji. Do wspomnień pań Evy Mozes Kar i Lisy Rojany Buccieri „Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele”. Czytałam wyżej wymienioną i zrobiła na mnie wrażenie. Ale powieść pani Konar jest napisana tak pięknym językiem, że mnie trudno wyrazić swój zachwyt. Sam temat trudny, bo wojna widziana oczami dziecka jest wyjątkowo przejmująca. Historia bliźniaczek Zamorskich rozdarła mi serce, sparaliżowała zmysły i doprowadziła do potoku łez. Niektóre sformułowania jak i całe zdania są napisane na granicy prozy i poezji. I czytane przeze mnie po wielokroć. Takie połączenie trudnego tematu i przepięknego języka doprowadziło u mnie do eksplozji emocji. Trudno przestać czytać. Nie wierzycie? Oto kilka cytatów:

„Było tak cicho, że słyszałam ból, wędrujący nowymi ścieżkami. Wyśpiewywał trele, zwijając się we mnie, palił mnie i ciążył jak kamień”.

„Pudrowe chmurki oddechu pachniały zimą i głodem, z nutką kawy zbożowej”.

„Byliśmy zaledwie dwoma guzikami oderwanymi od fartucha doktora Mengele”.

„Jego zamiłowanie do niemożliwości kazałoby mu zatrzymać słodkie nieszczęście, a ja nie chciałam być przekonywana”.

Nie wiem jak ja się pozbieram po tej książce…

Dobrze chociaż, że ją sobie kupiłam, bo mogę pozaznaczać wszystkie te piękne zdania. Ląduje na półce „zostaje ze mną na zawsze”.
Choć to lektura ciężka w odbiorze, przepełniona smutkiem i rozrywająca serce, to godna polecenia.

Polecam z całego serca.

PS Obraz, który wykorzystałam do zdjęcia zdjęłam ze ściany. Idealnie wpisuje się w tematykę książki, gdyż Matka bliźniaczek uwielbiała malować maki. Obraz dostałam od swojej przyjaciółki i teraz mogę jej publicznie podziękować.                    

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Wyspa na ulicy Ptasiej. Biegnij chłopcze, biegnij. Uri Orlev [Izabelka]

TYTUŁ: Wyspa na ulicy Ptasiej, Biegnij chłopcze, biegnij
AUTOR: Uri Orlev
WYDAWNICTWO: Nasza Księgarnia, Wydawnictwo W.A.B

Zdjęcie autorskie Izabelka

Wyspa na ulicy Ptasiej

Po tę książkę sięgnęłam w oczekiwaniu na paczkę z inną pozycją tego autora, a mianowicie Biegnij chłopcze, biegnij, o której naczytałam się samych pozytywnych opinii.
Lektura cieniutka, bo zaledwie 140 stron, co wcale nie oddaje jej ciężaru emocjonalnego.
Bo połączenia osieroconego dziecka i tematyki drugiej wojny światowej to dla mnie uczuciowy armagedon.
Książkę czyta się ze ściśniętym gardłem, a szczególnie gdy w pokoju obok siedzi rówieśnik jedenastoletniego Alka.
Samą treść można streścić w kliku zdaniach. Alek wraz z rodzicami mieszka w getcie warszawskim w czasie drugiej wojny światowej. Gdy Niemcy zaczynają likwidację dzielnicy i wywózkę mieszańców, Alek ukrywa się w częściowo zburzonym domu. I tam żyje SAM przez kilka miesięcy. A ma tylko 11 lat. Musi zadbać o siebie. Żyć w ciągłym strachu o własne życie. I trzymać się nadziei, że spotka się z ojcem, kiedy będzie już "po wszystkim".
Jestem pełna podziwu dla tego małego bohatera: jego pomysłowość, odwaga, hart ducha, codzienna zaradność naprawdę robią wrażenie. I budzą podziw. Zdarzają się chłopcu chwile słabości i płacze w poduszkę, ale zaraz potem ociera łzy i zwierza się swojej przyjaciółce Śnieżce. Tak, ma towarzyszkę niedoli, białą myszkę o imieniu Śnieżka. Opowiada jej o wszystkim, karmi i zabiera wszędzie ze sobą.
Jestem zauroczona tą książką. Mimo ciężkiej tematyki, czyta się z zapartym tchem i łezką w oku.
Jest to optymistyczna lektura. Nie ma w niej narzekania, biadolenia i myśli podszytych nienawiścią. Alek ma kilka chwil zwątpienia, w wielu momentach się waha i nie wie co zrobić, ale rzeczywistość każe mu szybko dorosnąć. W moim odczuciu udaje mu się świetnie.
Polecam.


Biegnij chłopcze, biegnij

W tej książce bohaterem też jest dziecko. Żydowski, ośmioletni chłopiec o imieniu Srulik. I podobnie jak Alek mieszka w getcie warszawskim i musi radzić sobie bez rodziców. Z tą różnicą, że pewnego dnia Srulik ucieka z getta. Błąka się po lasach żyjąc półdziko, albo wędruje od wsi do wsi w poszukiwaniu zajęcia. I powtarzając sobie słowa ojca, że musi przeżyć, nikomu nie ufać i nie przyznawać się do tego, że jest Żydem.
Historia opowiedziana ciekawie, prostym językiem, bez zbędnych ozdobników.
Świetnie ukazane różne postawy wobec żydowskich dzieci: jest i dobry niemiecki żołnierz, i polski chłop ukrywający Żyda, i dobry żołnierz Sasza. Podział na dobrych i złych ludzi bez względu na narodowość i wyznanie...
Ze Srulikiem podobnie jest jak z Alkiem: obaj chłopcy są zaradni, pomysłowi, odważni i życie każe im szybko dorosnąć.  
I gdy teraz spojrzę z boku na te niektóre współczesne mamusie zakochane w swoich synkach do tego stopnia, że nie pozwalają im się usamodzielniać i dorastać, to ogarnia mnie zdziwienie i przerażenie. Czy obecni kilkulatkowie umieliby przeżyć w tak ekstremalnych warunkach jak wojna? Mam tylko nadzieję, że nigdy się o tym nie przekonam...
PS. Po lekturze tej książki sięgnęłam po ekranizację w reżyserii Pepe Danquarta, która miała premierę w Polsce 10 stycznia 2014 roku. Na uwagę zasługuje gra braci Andrzeja i Kamila Tkaczów w roli Srulika. Film godny uwagi.
Polecam.





sobota, 13 sierpnia 2016

Zimne popioły. Valentin Musso [Izabelka]

TYTUŁ: Zimne popioły
AUTOR: Valentin Musso
WYDAWNICTWO: Albatros Andrzej Kuryłowicz S.C.

Zdjęcie autorskie Izabelka

Piękna książka :) Cudna :) Uwielbiam takie lektury :)
Mam czytelniczy orgazm! Tak, mam i mówię to głośno :)
Nazwisko Musso znane jest już w świecie literackim, a to za sprawą brata pana Autora Guillaume Musso. Bo któż nie zna takich książek jak Papierowa dziewczyna, Ta chwila czy Central Park? 
Tak, Pan Guillaume Musso to już marka sama w sobie, a tu na rynek księgarski wchodzi jego młodszy brat Valentin.
To druga książka w dorobku autora, ale pierwsza wydana w Polsce. Miała premierę 5 sierpnia 2016 roku. I dlaczego wydaniu tej książki nie towarzyszyła kampania reklamowa? Jeden wielki minus dla wydawnictwa...
Książka mnie pochłonęła do tego stopnia, że gdy mąż wszedł do pokoju i zastał mnie czytająca z wypiekami na twarzy,  nie powiedział nic, tylko poszedł robić obiad... tak to już z nami jest, osobami kilkanaście lat po ślubie... wystarczy jeden rzut oka na partnera i wszystko jasne :)
Akcja toczy się dwutorowo: w latach czterdziestych i dziewięćdziesiątych XX wieku.
Piękny język, wspaniały styl, bogate słownictwo, niesamowity klimat, tajemnice rodzinne, ciekawe tło obyczajowe, nietuzinkowe postacie, trochę kryminału, sporo sensacji, niewielka dawka romansu, nienachalna porcja historii, zaskakujące zakończenie; to wszystko składa się na tę książkę, od której nie mogłam się oderwać.
A teraz opowiem Wam troszkę, ale niezbyt dużo o samej treści... tak na zachętę!
Akcja zaczyna się w 1999 roku kiedy to umiera Henri Cochet, szanowany, emerytowany lekarz na francuskiej prowincji. Niedaleko, w tym samym rejonie, zostaje zamordowana staruszka Nicole Brachet. Czy coś łączy te śmierci? Wydawałoby się, że nic...
Aurélien Cochet, wnuk Henriego podczas porządkowania domu po dziadku, pasjonacie kina, znajduje filmy na których widać dziadka w towarzystwie niemieckiego żołnierza, co sugeruje kolaborację z okupantem Francji. Wnuk zaczyna szukać i drążyć historie rodzinne. Dociera do  programu Lebensborn – Źródło Życia.
Autor przepięknie wplótł historię programu Lebensborn  w historię rodzinną. Im dalej Aurélien Cochet szuka i zgłębia tajemnice rodzinne, tym bardziej nie może wyjść ze zdziwienia. Pomaga mu doktorantka, która pisze pracę o Źródle Życia. 
Nie napiszę nic więcej... przeczytajcie sami!
Bardzo gorąco polecam! 
A dlaczego?
Urzekła mnie ta historia rodzinna z tajemnicą w tle, wspaniale ukazane okoliczności historyczne, bohaterowie niejednoznacznie pozytywni, piękny styl i klimat książki też robią swoje. I to zakończenie...
Polecam!
I czekam na kolejną książkę autorstwa Valentin Musso :)
I tak oto zostałam fanką braci Musso <3 
Zakochana ja <3
PS. I czy tylko mnie lalka Barbie kojarzy się z wysoką blond pięknością o niebieskich oczach ze wspaniałą kandydatką na idealną matkę dzieci o cechach aryjskich?
PPS.  Autor zadaje mnóstwo pytań, szuka i docieka prawdy na temat programu Lebensborn.  Robi to niesamowicie interesująco i ciekawie. Aż sama zaczęłam drążyć...
PPPS. I cytat na koniec 

Trzeba, by ludzie dokładnie wiedzieli, co się wydarzyło w ośrodkach Lebensborn. Nie wolno dopuścić, by o tych dzieciach zapomniano. 
I jak podaje Wikipedia:
Łącznie w Lebensborn na świat miało przyjść ok. 6000 dzieci.
Pozostawiam do przemyślenia...

czwartek, 7 lipca 2016

Rzymski poranek. Virginia Baily

TYTUŁ: Rzymski poranek
AUTOR: Virginia Baily
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Czarna Owca


zdjęcie autorskie Izabelka


Czasami spotykam w swoim życiu takie książki, które, mam wrażenie, są napisane specjalnie dla mnie. Znajduję w nich dokładnie to, czego szukam... I ta powieść taka jest. Ale po kolei...

Jest Rzym, rok 1943 rok. Przypadkowo spotykają się dwie kobiety: jedna jest Włoszką i ucieka z miasta do rodziny na wieś, a druga wraz z rodziną jest ofiarą łapanki urządzonej przez okupanta. Spojrzenia kobiet się krzyżują i Żydówka "oddaje" najstarsze dziecko, chłopca o imieniu Daniele, uciekającej rzymiance. To są te ułamki sekund, które odmieniają życie...

Przenosimy się trzydzieści lat później... Chiara, przybrana matka Daniele, mieszka w Rzymie. Mieszka sama i wiedzie, na pozór, szczęśliwe życie. Tylko od czasu do czasu nawiedzają ją wspomnienia o uratowanym chłopcu. Nie ma z nim kontaktu, nie wie czy żyje... Aż któregoś popołudnia odbiera telefon od pewnej nastolatki z Walii. 

Tak, w bardzo dużym skrócie, można opisać fabułę tej książki.

Co łączy ją z obcą dziewczyną z dalekiego kraju? Dlaczego wypytuje ją o czasy sprzed swoich narodzin? Jaki udział w wydarzeniach ma ksiądz, którego obowiązuje tajemnica spowiedzi? Czy w życiu można wszystko wybaczyć? Czy dobra pamięć jest błogosławieństwem czy przekleństwem?  Czy można żyć bez rodziny i korzeni ? A jak żyć, gdy nagle okazuje się, że Twoje życie to bańka mydlana oparta na kłamstwach i półprawdach?

Oprócz wciągającej fabuły, książka napisana jest pięknym językiem. Akcja toczy się niespiesznie, czasami zwalniając, czasami przyspieszając. Powieść toczy się dwutorowo: w 1943 roku i 1973. Przeskoki w czasie są poprowadzone mistrzowsko. Wszystkie fakty są nie do końca ujawnione i nie do końca wyjaśnione. Autorka pomału uchyla tajemnice... Zakończenie, choć przewidywalne, to daje nadzieję, że pomimo wielu katastrof w życiu, zawsze można liczyć na happy end.
Polecam.
PS Pięknie opisany Rzym. Aż nabrałam ochoty na włoski deser: panna cotta i kawę po włosku. Mniam mniam :)