Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść polska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 kwietnia 2017

Czerwony parasol. Jurij Jakow [Izabelka]

TYTUŁ: Czerwony parasol
AUTOR: Jurij Jakow
WYDAWNICTWO: e-bookowo.pl
GATUNEK: Powieść sensacyjna
Zdjęcie autorskie Izabelka


Lubicie książki sensacyjne? A filmy? No ba! Też się głupio pytam! Bo która kobieta nie kochała się w Jamsie Bondzie? Przystojny, z super bryką i szpiegowskimi gadżetami. No z jakąś lalunią u boku… Kiedy natknęłam się recenzje „Czerwonego parasola”, to pomyślałam sobie, że to będzie właśnie taki świat Jamesa Bonda, ale w wersji na osobistą wyobraźnię.

Mhm… Ale chyba nie tego się spodziewałam.

Moja percepcja wyraźnie rozdzieliła fabułę na dwie części: szpiegowską i… no właśnie… sama nie wiem jak ją nazwać: romansową, harlequinową, miłosną? Choć wątki przeplatają się spójnie, to mój mózg nie dawał rady. Nie kumacie? No to jedziemy.

Część, którą nazwałam szpiegowską jest naprawdę świetna.  Mnie się bardzo dobrze czytało. Zagadnienia z zakresu wywiadu, szpiegów, informatyki, biologii i chemii podany w sposób przystępny i zrozumiały nawet dla takiego laika jak ja. Choć również dobrze autor mógł powypisywać farmazony, a ja i tak bym się nie kapnęła. Wszystko spójne, interesujące i wciągające. Przeskoki w czasie i z kontynentu na kontynent poprowadzone sprawnie.  Choć na początku wszystko wydaje się poplątane i można mieć uczucie skołowania, to zalecam cierpliwość. Wraz z przewracanymi stronami wszystko zaczynie się układać niczym puzzle. Ale moje zwoje mózgowe pracowały na najwyższych obrotach! A scena powrotu Tatiany do domu rozpisana rewelacyjnie. Puls mi oszalał! Brawa.

Druga strona tego książkowego medalu nie przypadła mi w ogóle do gustu. Ziewałam aż do obluzowania żuchwy. Niestety, albo ja jestem za stara albo autora poniosło.

Siedemnastolatka, która znajduje zamordowaną swoją rodzinę nie popada w histerię tylko rozwiązuje zagadkę, znajduje skrytkę i ucieka. No raczej trudno mi uwierzyć.

Kiedy spotyka na swojej drodze Igora zakochuje się bez pamięci. Ok, przyjęłam.

Ale na Boga Czytającego! Litości! Ochroniarz, były bokser, chodzi w skórzanych spodniach, cytuje fragmenty z „Mistrza i Małgorzaty” i mówi do ukochanej: „kocie”, „królowo”! (jeszcze bym wybaczyła „kotku”, „misiaczku” albo „żabciu”). No proszę Was! Łykniecie to? Ja nie. A ona do niego: „rycerzu”. Brrr…

Autor nie przekonał mnie do tej „znajomości”. No, bo sorry: dwudziestosiedmiolatek, który bzyka siedemnastolatkę, popija różowy alkohol i lata samolotami po świecie jak, nie przymierzając, ja taksówkami po mieście. A Tatianie to się chyba pomyliła namiętność z miłością...

I to ich słownictwo, te przepychanki słowne. Ja podziękuję. Mam w domu rówieśnicę głównej bohaterki i zapewniam Was, że nie tak się odzywają nastolatkowie. Nie tak zachowują. Nie tak myślą.

Sama Tatiana też wydaje mi się płytka i naiwna. Straciła całą rodzinę i te kilka przemyśleń na temat tego zdarzenia wystarczy za żałobę? I naprawdę wierzy, że wykiwa wyszkolonych szpiegów największych agencji wywiadowczych świata? I po tych kilkunastu tygodniach znajomości z Igorem planuje z nim się rozmnażać?  I te młodzieżowe obozy paramilitarne naprawdę nauczyły jej tych niezwykłych zdolności obrony? I lekcje tańca też pomogły? Ja tego nie kupuje.

I te „momenty”! Niech autor nie idzie w tym kierunku. We mnie wzbudziły zażenowanie i niesmak. I takie zdania: „Nie dość, że dziewica, to jeszcze pić nie umie”. Ogarnęło ją „uczucie rozkosznej słodyczy”… „Czuła jego zapach i otaczającą go aurę męskości”. Nie chwytam tego. Autor naczytał się chyba Danielle Steel czy jakieś innej Nory Roberts? Wiem jak obie piszą, bo będąc dojrzewającą pannicą, pochłaniałam te książki namiętnie. Przepraszam, ale nie!

Autor też zaliczył kilka wpadek w innych fragmentach: „Drzwi rozsunęły się z cichym miauknięciem” – moje drzwi, co najwyżej skrzypią.  Farbowanie włosów w ciągu 20 minut? No nie! Mnie schodzi na tej czynności o wiele więcej czasu. Użycie niektórych przedmiotów, jako gadżetów szpiegowskich też w moim odczuciu wtórne: pomadka, jako broń? Sygnet, okulary? Dobrze, że chociaż James Bond miał długopis…

Podsumowując:

Fragmenty o działaniach wywiadów super. Porządny styl, a dowcip i inteligencja aż skrzą. Akcja płynie wartko i czytelnik się nie nudzi. Wszystko logicznie poukładane i przekonująco przedstawione z obcych mi zagadnień. Przekleństwa i kolokwializmy, których nie lubię w książkach, tutaj nie rażą i wydają się być na miejscu.

Część romansowa… jak dla mnie do wycięcia. Nie potrzebna i na siłę rozciągnięta. Mało wiarygodna i momentami żenująca. Czasami śmieszna. Spowalnia tylko akcję i zniechęca do dalszego czytania.

Czy polecam? Sięgnijcie na własną odpowiedzialność.

PS Panie Autorze, ja poproszę wersję papierową bez części romansowej.

PPS Zdjęcie poglądowe.  Dla tych, którzy nie czytali: na zdjęciu rurki z kremem, którymi tak zajadała się Tatiana, że aż mnie naszła na nie ochota. A ampułki ze śmiercionośną substancją wyobrażam sobie tak, jak widać. Kolorowe i beztroskie. Książka wydana na razie tylko w formie ebooka.
PPPS A już wiem! Autor zapomniał napisać na początku książki, że to romans szpiegowski dla nastolatek. Teraz zrozumiałam.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Księgobójca. Maja Wolny. [Izabelka]

TYTUŁ: Księgobójca
AUTOR: Maja Wolny
WYDAWNICTWO: Czarna Owca
GATUNEK: kryminał/powieść obyczajowa

Zdjęcie autorskie Izabelka

Co znaczy księgobójca? Tytuł, który zwrócił moją uwagę. 
I okładka, która mnie zauroczyła. Po przeczytaniu stwierdzam, że świetnie pasuje do treści.

I tylko ja się pytam: dlaczego ta książka została wydana w Czarnej serii? Bo to nie jest tylko kryminał. Dla mnie jest to bardzo dobra książka obyczajowa z zarysowanym wątkiem kryminalnym. Bo dla mnie to nie morderstwo i próba odnalezienia sprawcy są w tej książce najważniejsze...

Czytam odkąd pamiętam. Nie wyobrażam sobie życia bez książek. Jestem klasycznym molem książkowym. Dlaczego o tym piszę? Bo to właśnie miłość do książek i czytania jest tutaj głównym bohaterem. Bo czy można kochać książki ponad wszystko? A kiedy pasja przeradza się w obsesję?

Wiktor Krzesim prowadzi w Amsterdamie urokliwą księgarenkę. I obserwuje przez szybę Życie. Które toczy się jakby obok niego. Jest samotnikiem zakochanym w książkach  (ale w jego sklepie nie znajdziemy nowości i bestselerów) i w jednej kobiecie, którą darzy miłością platoniczną.
Kiedy ginie słynny restaurator mebli, Eva Paelinck wszczyna śledztwo. Instynkt policyjny podpowiada jej, że to było morderstwo, choć nic na to nie wskazuje. Zaczyna przesłuchiwać podejrzanych i zbierać dowody. To, co odkryje, zaskoczy ją samą. Czy Wiktor, który jest uważnym obserwatorem, pomoże pani policjant? A może to on jest podejrzanym?

To moje pierwsze spotkanie z autorką. Ale jakże udane! Zachwycił mnie sposób narracji i język. Bogate słownictwo, piękny styl. Sposób przedstawienia niektórych spraw i problemów bardzo mi bliski. Książkę czyta się płynnie i z przyjemnością. Klimat deszczowego Amsterdamu oddany cudownie. Króciutkie rozdziały o starości skłaniają do myślenia. Wątki współczesne dobrze pomieszane z dawnymi latami.  Emocje opisane wiarygodnie, łzy stawały mi w oczach... Relacje pomiędzy bohaterami odkrywane powoli. Akcja toczy się niespiesznie. Nie ma serii trupów i błyskawicznych akcji. Jest duch holenderskiego miasta z klimatycznymi uliczkami w oparach mgły albo w strugach deszczu. Słychać rowerowe dzwonki i czuć zapach jointów. Widać księżyc odbijający się w kanałach.

Autorce udało się mnie skłonić do zastanowienia nad kilkoma sprawami. Czym jest pasja, miłość, obsesja, starość? Czy ze wszystkim można się w życiu pogodzić? Czy nienawiść jest silniejsza niż miłość? A jak silna jest zazdrość?

Zastanawiał mnie tytuł. Po lekturze stwierdzam, że jest idealny. Serce mi krwawiło, kiedy czytałam o niszczeniu książek... Choć są tacy, którzy uważają, że cel był ważniejszy...

Lubię takie spotkania. Zostałam zaskoczona i sposobem pisania, i niezwykłą historią, i zakończeniem.

Polecam szczerze.
Szczególnie molom książkowym.

PS. Jeśli jeszcze kogoś nie przekonałam, to tylko dodam, że pochłonęłam tę książkę w jeden dzień.

Zdjęcie autorskie Izabelka

środa, 8 marca 2017

Esesman i Żydówka. Wojna i miłość. Justyna Wydra [Izabelka]

TYTUŁ: Esesman i Żydówka. Wojna i miłość
AUTOR: Justyna Wydra 
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Zysk i S-ka
GATUNEK: powieść obyczajowo-historyczna
Zdjęcie autorskie Izabelka



Co za diabeł mnie podkusił żeby sięgnąć po tę książkę? I to jeszcze wieczorem! Ki diabeł?
A! Wiem. To nie diabeł tylko mój niezawodny nos mola książkowego. Dobrze mam z nim, nie?

Już sam tytuł mówi nam o czym jest książka. I tak jak się spodziewałam była w niej i wojna, i miłość, i Niemcy, i Żydzi. Liczyłam na romans w czasach wojny, może trochę ckliwy, może trochę łzawy. 
I się, kurna, zdziwiłam! I to bardzo. Tak naprawdę to jest moje pierwsze spotkanie z twórczością Justyny Wydry. Nic o niej i jej twórczości nie wiem. A po tę pozycję sięgnęłam, bo książka należy do nurtu tematyki wojennej, a po taką sięgam najczęściej.
Ta książka wyróżnia się spośród czytanych ostatnio przeze mnie lektur. Czym? Podam przykład: lody można jeść na kilka sposobów, prawda? Można iść do sklepu i kupić zimną słodkość na patyku. I już, bo się takie lubi. Ale można też wejść do kawiarni i zamówić deser lodowy z mnóstwem wspaniałych bakalii, owoców i innych słodkości. I już, bo się takie lubi.
I ta książka jest właśnie jak ten deser lodowy: niby słodka melba, ale jakże różna od tej zimności na patyku. "Esesman i Żydówka" są dla mnie taką piękną niespodzianką.

Tak jak napisałam wcześniej, spodziewałam się ckliwego romansu. A go nie dostałam. Bo to jest historia pewnej miłości, która nie powinna w ogóle mieć miejsca, a jednak, pomimo niesprzyjających okoliczności, rozkwitła niczym kwiat po burzy. I to jakim językiem napisana. Właśnie ten sposób narracji mnie zachwycił. Niesamowity styl i słownictwo. Piękne zbudowane zdania (na własny użytek ja je sobie nazwałam: zdania bardzo wielokrotnie złożone), które czytałam po wielokroć. Były powodem tego, że nie raz łykałam łzy. Bo nie dość, że historia wzruszająca, to jeszcze ten sposób narracji... Ale chyba nie dla każdego.

Pisałam już chyba o tym, że każdą historię można opowiedzieć na wiele sposobów. Pani Justyna wybrała taki, jak lubię. Pełen "mięsistych" zdań i cudownych porównań. I rzuciła między te zdania mnóstwo pytań. O miłość, zdradę, wojnę, zazdrość, zemstę, patriotyzm, współczucie, człowieczeństwo. Jest nad czym myśleć. I to też lubię w czytanych przeze mnie książkach.
Zwróciłam jeszcze uwagę na takie""wstawki", które pisane są w pierwszej osobie, czyli raz przez Deborę, a raz przez Brunona. Ciekawy zabieg, z którego możemy poznać spojrzenie bohaterów na omawiane wydarzenia.

A może napisać coś o fabule? Ale w sumie po co? Można ją opisać w kilku zdaniach. Polska, 1939 rok, żydowska sanitariuszka spotyka w lesie rannego Niemca. Wbrew woli innych medyków, opatruje mu ranę i ucieka. I tym sposobem ratuje mu życie. Potem spotykają się jeszcze wielokrotnie i esesmanowi los daje szansę odwdzięczyć się. Bardzo dobrze opisane są tu realia wojennego życia, wnikliwie przedstawione rozterki Polki i Niemca. Dobrze wiedzą, że ich znajomość nie może mieć ciągu dalszego, że oboje narażają siebie nawzajem. Nadchodzą rozkazy i Brunon musi wyjechać. Nie mówią sobie "do zobaczenia" lecz "żegnaj", bo mają świadomość, że się więcej nie zobaczą. Jest jesień 1944 roku. Wojna zbliża się ku końcowi. I tak kończy się część pierwsza.
Druga część opowiada dalsze losy Debory. I Brunona. Zawierucha powojenna, poszukiwania zaginionych członków rodzin, szukanie swojego miejsca w nowo powstałej rzeczywistości, walka z demonami przeszłości, powstawanie i działania nowej władzy w Polsce. Pięknie to autorka opisała.
I nic więcej nie napiszę o fabule. Obstawiałam wiele zakończeń. Brałam pod uwagę różne warianty zakończenia. Ale nic z tego! Zakończenie może i przewidywalne, ale... Jest jedno duże ALE! Epilog mnie rozłożył na łopatki, wcisnął w fotel i wyrzucił z kapci!

Jest to kolejna książka, którą powinni sprzedawać razem z chusteczkami. 
Nie mogłam się powstrzymać od łez. Może naiwna i banalna jest ta historia, ale z pewnością świetnie opowiedziana. Wiele razy mnie autorka zaskoczyła zwrotami akcji, zachwyciła cudownie skonstruowanymi zdaniami, kazała zastanawiać się, w trakcie czytania, nad wieloma sprawami. Nie mogłam oderwać się od czytania, zapominając o całym świecie.
I ta okładka. Po przeczytaniu stwierdzam, że świetnie dobrana do treści.

Polecam!

Zdjęcie autorskie Izabelka

sobota, 11 lutego 2017

Tysiąc. Dagmara Andryka [Izabelka]

TYTUŁ: Tysiąc
AUTOR: Dagmara Andryka
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka
GATUNEK: thriller/kryminał
Zdjęcie autorskie Izabelka


"Miasteczko Mille - jak Twin Peaks - niepokoi i fascynuje zarazem. Intrygujący debiut"
 Katarzyna Puzynska. 
To cytat z okładki. Zgadzam się z nim całkowicie, bo też miałam takie skojarzenie podczas lektury tej książki. Taka mała podpowiedź dla fanów tego serialu.

"Miasteczko Mile sprawia wrażenie małego, sennego miasteczka, gdzie czas płynie wolno i każdy każdego zna. Wszystkie dni wyglądają tak samo, a rytmu wyznaczonego przez pory roku nie zakłóca zgiełk wielkiego świata. (...) Mam wrażenie, że zło czai się gdzieś za rogiem".

To napisała bohaterka tej książki, Marta Witecka, w swoim laptopie, kiedy zaczęła zbierać informacje na temat miasteczka w którym znalazła się przez przypadek. Miasteczko Mille jest jak Twin Peaks: niewielkie i tajemnicze. Mille ma jeszcze jedną niespotykaną cechę: mieszkańców musi być zawsze tysiąc. Czyli, jeśli pojawi się ktoś nowy w miasteczku, to ktoś inny musi umrzeć. Liczba mieszkańców musi się zgadzać. Dlatego każdy nowy przybysz witany jest uprzejmie aczkolwiek chłodno. I dlatego w tej miejscowości nie ma hoteli ani pokoi do wynajęcia. 
Witecka została "uziemiona" w Mille poprzez awarię samochodu. I musi poczekać na naprawę. Aby umilić sobie czas zwiedza okolicę. Znajduje stary cmentarz, poznaje mieszkańców miasta i wysłuchuje informacji o klątwie, która wisi nad miejscowością: mieszkańców ma być zawsze tysiąc. 
Dziennikarka z wielkiego miasta, na dorobku, szukająca tematu na artykuł nie chce wierzyć, że w obecnych czasach, czasach tak rozwiniętych technologicznie, ktoś wierzy jeszcze w klątwy. Postanawia "zbadać" temat. Spaceruje po miasteczku, rozmawia z mieszkańcami, "buszuje" po necie w poszukiwaniu potrzebnych informacji. 
Aż pewnej nocy ginie miejscowa nauczycielka.
I wszyscy zaczynają się zastanawiać czy to znów "sprawka" klątwy, bo przecież Witecka już kilka dni przebywa w Mille, więc liczba mieszkańców zwiększyła się.
Zaczyna się śledztwo i policyjne, i dziennikarskie prowadzone przez Martę.
Oczywiście nie napiszę jakie jest zakończenie. Nie takiego się spodziewałam. 

Trzeba to jasno zaznaczyć: to jest debiut tej autorki. Według mnie - bardzo udany.
Rzadko kiedy debiut rzuca na kolana. Ten mnie nie rzucił. Ale... dobrze się czytało: z ciekawością i z zainteresowaniem.
Mnie się podobał klimat jaki stworzyła autorka: duszny, małomiasteczkowy, tajemniczy, niespokojny.
Taki trochę straszny, ale i niepokojąco wciągający. Jest klątwa, jest tajemnica,  jest niewyjaśniona śmierć. Zdecydowanie udany zabieg.

Z ciekawością czytałam o mieszkańcach Mille. Każdy z nich to swoiste indywiduum.  Postacie mieszkańców dobrze wykreowana. Każdy każdego zna i może zaświadczyć, że "lepszy bliski sąsiad niż daleka rodzina". 
Wiem o czym piszę, bo przez pewien okres w swoim życiu też mieszkałam w takim miasteczku. No dobra, mieszkańców było troszkę więcej. I zaręczam, że obraz "małomiasteczkowości" przedstawiony przez Andrykę jest świetnie odmalowany. I wcale nie negatywnie. 

Z niecierpliwością wyglądam kolejnej książki z Martą Witecką w roli głównej. Już niedługo, bo na dniach. Już w lutym 2017 roku "Trąf, trąf misia bela".
Polecam.
PS. Ja też jak Marta - uwielbiam cukierki kukułki i kawę. Mniam...
Zdjęcie autorskie Izabelka

niedziela, 29 stycznia 2017

Karuzela. Agnieszka Lis [Izabelka]

TYTUŁ: Karuzela
AUTOR: Agnieszka Lis
WYDAWNICTWO: Czwarta strona
GATUNEK: powieść obyczajowa

Zdjęcie autorskie Izabelka


Boooożeee! Jaka to smutna książka. I piękna!
Dlaczego mnie nikt nie uprzedził, że do czytania tej pozycji potrzebne są chusteczki w ilościach hurtowych? Ja się grzecznie pytam.
Książka ta swoją subtelną okładką może wprowadzić czytelnika w błąd. Nie jest to ani lekka, ani zabawna pozycja, ani z pewnością nie jest to babskie czytadło. Możecie mi wierzyć. Pod płaszczykiem powieści dla kobiet  możemy znaleźć mnóstwo tematów i spraw, które dotyczą nas wszystkich.
Kobiety zajmujące się domem znajdą coś dla siebie. Matki z trójką (i nie tylko) dzieci znajdą coś o sobie. Żony zapracowanych mężów też się odnajdą w tej powieści. Kobiety zdradzane przez mężów może odnajdą nadzieję. Dorosłe córki swoich matek może wyciągną wnioski. Rodziny zmagające się ze śmiertelną chorobą znajdą pocieszenie. A wszyscy czytający z pewnością wyleją morze łez. Tak jak ja wylałam...

Ale nie jest to suchy zapis walki z chorobą. Z tej powieści bije ciepło i spokój. Nie ma tutaj złych emocji, strachu i negatywnych myśli. Czytałam i płakałam. Ale nie nad główną bohaterką. Płakałam nad sobą. Jestem zdrową i szczęśliwą matką, żoną, kobietą. Nie mam powodu do narzekań.
W przeciwieństwie do bohaterki. Renata jest zabieganą matką trójki potomstwa, żoną zdradzaną przez męża, córką wszystkowiedzącej matki i przyjaciółką zapracowanej singielki. Przyznajcie: są powody do narzekań. A z dnia na dzień czuje się gorzej. Słabnie i nie ma sił na nic. Do momentu, kiedy lekarze stawiają diagnozę: białaczka. I wtedy wszystko się zmienia. Świat Renaty staje na głowie. Zmieniają się priorytety. Zmieniają wartości.

Autorce świetnie udało pokazać się kilka spraw. Polska edukacja w całej swej krasie, choć, dla mnie, niezbyt chwalebnej. Też mam dzieci i wiem, że nie zawsze jest tak, jak być powinno.
Polska służba zdrowia. Miałam ostatnio z nią do czynienia. Też wiele pozostawia do życzenia.
Praca w korporacji. Mąż Renaty bierze udział w "wyścigu szczurów". Znane mi zjawisko. Udało się oddać autorce oddać klimat tej "instytucji".

"Karuzela" nie jest lukrowaną i ckliwą powieścią o walce z chorobą.
Jest powieścią o sile miłości i przyjaźni. Pokazuje, że są w życiu rzeczy ważne i ważniejsze. Że nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze. Że przychodzą w życiu takie momenty, które przestają mieć znaczenie.

Książka Agnieszki Lis niesie w sobie przesłanie. Przynajmniej dla mnie. Nie lekceważcie siebie ani swojego zdrowia. Badajcie się! Jeśli nie dla siebie, to chociaż dla swoich bliskich. Badania wykazują, że wczesne wykrycie białaczki zwiększa szanse na wyzdrowienie.
"Karuzela" skłania do myślenia. Daje "popalić" w trakcie czytania, a po zakończeniu lektury długo siedzi w głowie. A to lubię.
I na koniec takie porównanie z książki: swój samochód raz w roku oddajesz na przegląd. Dlaczego? Bo tego wymaga polskie prawo. Dbasz o niego, bo chcesz bezpiecznie jeździć. A dlaczego nie robisz "przeglądu" sobie? Dlaczego chociaż raz w roku nie poddajesz się badaniom profilaktycznym?
Pozostawiam do zastanowienia...
Polecam.


Zdjęcie autorskie Izabelka


wtorek, 1 listopada 2016

Przekonaj mnie, że to Ty. Anna Karpińska [Izabelka]

TYTUŁPrzekonaj mnie, że to Ty
AUTOR:  Anna Karpińska 
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka
GATUNEK: współczesna powieść obyczajowa

Zdjęcie autorskie Izabelka


Zacznę od tego, że to moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Karpińskiej i jednocześnie jej najnowsza książka. Pierwsze i zarazem bardzo udane.
Zastanawiałam się wielokrotnie czy pora roku ma wpływ na mój wybór książek.
I doszłam do wniosku, że tak. W deszczowe i pochmurne dni szukam książek pogodnych i ciepłych.
I ta taka jest. Idealna na ponure listopadowe wieczory.
Można by nawet użyć określenia "babskie czytadło", ale tutaj w znaczeniu pozytywnym.

Dwie główne bohaterki to matka i córka. Urszula i Edyta. Dwie kobiety, które nie mogą się dogadać.
Urszula prowadzi pensjonat w nadmorskiej Krynicy, a Edyta jest na życiowym zakręcie: zdała maturę i zastanawia się co dalej. W takiej sytuacji poznajemy obie panie. Niestety, życie potrafi zaskakiwać. Umiera mąż Urszuli, a ona sama popada w depresję. Edyta postanawia zostać z matką i odłożyć swoje plany na później. Tak zaczyna się ta książka.
Widzimy później jak układają się losy kobiet, jakich dokonują wyborów, jakie maja dylematy i jak zmagają się z przeznaczeniem.
Pozycja ta, jak napisałam wyżej, jest idealna na ponure wieczory. Edyta marzy o wyjeździe do Hiszpanii. Udaje jej się to, choć zupełnie nie tak jak to sobie zaplanowała. I razem z nią biegamy po hiszpańskich plażach, próbujemy regionalnych przysmaków i nucimy przeboje Julio Iglesiasa. Zwiedzamy Sewillę i poznajemy kulturę kraju Banderasa. Relaks murowany.

Ale Przekonaj mnie, że to Ty nie jest tak do końca słodką opowieścią. Raczej słodko-gorzką.
Bo, oprócz świetnych informacji o Hiszpanii, mamy też chwilę, kiedy łza kręci się w oku. Śmierć ukochanego męża, problemy finansowe, traumatyczne wspomnienia z młodości, utrata dziecka czy zdrada przez mężczyznę, z którym chciało się spędzić życie, to tematy, które do lekkich nie należą.

Miałam obawy czy autorka nie otrze się o kicz i banał w opisie wszystkich tych przeżyć bohaterek.
Ale nie! Pozycja ta napisana jest sprawnie i bardzo szybko się ją czyta.
I ostatnia uwaga. Sposób prowadzenia narracji podobny jak u Jodi Picoult. To znaczy, że jeden rozdział to spojrzenie Urszuli, a drugi to przemyślenia Edyty.
Zakończenie może i przewidywalne, może i przesłodzone. Ale co tam! Ja lubię happy endy.

Książkę polecam jako wspaniały relaks na jesienne dni. Może to nie jest książka, która wywołuje achy i ochy, ale jest godna polecenia.

piątek, 26 sierpnia 2016

Pani Furia. Grażyna Plebanek [Izabelka]

TYTUŁPani Furia
AUTOR: Grażyna Plebanek
WYDAWNICTWO: Znak Literanova
GATUNEK:  Literatura współczesna 
EGZEMPLARZ RECENZENCKI

Zdjęcie autorskie Izabelka

Zacznę od tego, że to moje pierwsze spotkanie z twórczością Pani Plebanek. Nie czytałam nic wcześniej, więc nie mam punktów odniesienia. I jednocześnie jest to najnowsza powieść autorki.
Pierwsze co mnie zachwyca w tej książce to okładka. Jest niesamowita! Magiczna i przykuwająca wzrok. I świetnie pasuje do treści.
Druga rzecz na którą zwróciłam uwagę to piękny język. Niektóre zdania są jak proza na pograniczu poezji. Niczym wiersze zaplatane w prozę. Czytane przeze mnie po wielokroć. Takie "smaczki", które zachwycają.

"Afryka była kobietą.[...] Afryka była matką, kolebką cywilizacji, a kobiety, które wydawała na świat, były mocne i wymagające. Białe kobiety były słabsze, jakby ulepione z innej gliny.
[...] Czarne kobiety były szorstkie.
Białe kobiety były słodkie.
Czarne kobiety miały dzieci czarnych mężczyzn.
Białe kobiety miały pieniądze białych mężczyzn.
[...] Kobieta była polem walki. Deptanym, rozjeżdżanym, wciąż od nowa".
Albo:

"Wygląda jak gwóźdź. Za dużo włosów, za chuda, za wysoka".

Takich cytatów mogłabym tu wypisać mnóstwo, ale nie zrobię tego. Chcecie więcej, to sięgnijcie po książkę.

Eddy i jego żona zwana Mrówką mieszkają mieszkają w Kongo. Mają córkę Alię. Kiedy rodzina się powiększa, przeprowadzają się do Belgi. Tam matka Alii przesiaduje całymi dniami przed telewizorem niezainteresowana życiem rodzinnym. Obowiązki domowe przejmuje córka. Rodzi się kolejny brat Alii, a ojciec wraca sam do Kinszasy. Wszystko staje na głowie. Ale w problemach rodzinnych pomaga siostra Eddiego zwana Mama Issa.
Alia, która wkracza w okres dojrzewania i coraz więcej rozumie zostaje pozostawiona sama sobie. Musi radzić sobie z brakiem ojca, z niezaradną życiowo matką, z opieką nad rodzeństwem. To tylko pierwsza warstwa tej książki. Ważniejsze, moim zdaniem, są problemy Alii poza domem. Belgia to kraj w którym się wychowuje, a Kongo jest krajem jej urodzenia. W żadnym z tych krajów nie czuje się jak u siebie. A wołanie na nią przez ulicznych chłopaków "Hej, czekoladka" też nie pomaga. Alia całe życie musi walczyć o siebie i swoją tożsamość. I tak rodzi się Pani Furia, ta emocja która aż kipi w bohaterce. Jak ją wykorzysta?
Dopiero po przeczytaniu całej książki wyjawia się w pełni problem, który poruszyła Pani Plebanek. Problem Europy, miejsca wielokulturowego, gdzie termin uchodźca czy obcy nabierają coraz to innego znaczenia. Problemy z napływem ludzi z innych, niż europejski, kręgu kulturowego, z asymilacją, z dyskryminacją. Książka porusza też problem stereotypów. No bo jak to? Czarna kobieta z Kongo policjantką w Belgii? Jak jeszcze dołożymy do tych problemów niemożność dopasowania, bezrobocie, poczucie poniżania, przemoc to mamy niezbyt ciekawy obraz mieszkańców Europy. Tylko pojawia się pytanie: kto teraz jest ofiarą, a kto napastnikiem? Czy Belg pochodzenia kongijskiego, który stosuje przemoc wobec białych mieszkańców Belgii to jeszcze ofiara czy już oprawca? Czy dyskryminowanie za płeć, kolor skóry czy wyznanie jest zabronione bez względu na osobę, której dotyczy? Czy społeczeństwa multi-kulti są w stanie funkcjonować bezkonfliktowo?
Czy takie słowa: "Instruktor miał Erika za naiwniaka, a społeczeństwo wielokulturowe za europejski burdel" są symbolem współczesnych czasów?
Czy Europa, która miała być wielokolorowym patchworkiem nagle okazała się kawałkiem materiału rozłażącym się na szwach?
Pani Furia to nie tylko opowieść o kongijskiej dziewczynce o imieniu Alii, która wspina się po drabinie społecznej walcząc ze stereotypami dotyczącymi kobiet i czarnoskórych. To także opowieść o Europie i jej mieszkańcach, ich problemach zmieniających się jak kalejdoskopie, dylematach i frustracjach.
I na koniec nie sposób nie wspomnieć o śpiewnych opowieściach, które snuł Eddi córce przed snem. Opowieściach zasłyszanych w kongijskich wioskach, a przekazywanych sobie z ust do ust, zawsze z morałem. Piękne to były historie. Później także Alii zacznie je opowiadać.
W tej książce pojawia się też polski wątek. Alia poznaje dziewczynkę, która częstuje ją polskimi krówkami. A to są moje ulubione słodycze. Pojawia się też policjant polskiego pochodzenia.

Premiera książki 31 sierpnia 2016 roku.

Polecam.

wtorek, 23 sierpnia 2016

List z powstania. Anna Klejzerowicz [Izabelka]

TYTUŁList z powstania
AUTOR: Anna Klejzerowicz
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Filia

Zdjęcie autorskie Izabelka

Przepiękna historia. Takie jak lubię, czyli tajemnice rodzinne z historią w tle.
Matka i córka. Ich skomplikowane relacje. I tajemnicze zniknięcie kobiety w czasie powstania warszawskiego.
Tuż prze wojną w pięknej willi na Żoliborzu mieszkają państwo Bańkowscy. On lekarz, ona przykładna żona i one dwie wspaniałe córki: Hania i Julia. Dziesięcioletnia Julia wraz z nastaniem wojny zostaje wywieziona na wieś do rodziny. Po zakończeniu wojny ma wrócić na łono rodziny. Hania zostaje w stolicy i zostaje łączniczką w Szarych Szeregach. W trakcie powstania Hanna znika... Dosłownie: nie ma od niej żadnej wiadomości, nikt jej nie widział, nie znaleziono ciała.
Mijają lata...
Czasy się zmieniają, Julia dorasta, zakłada rodzinę, rodzi córkę Mariannę. Ale cały czas towarzyszy jej paraliżujące uczucie jakim jest NIEPEWNOŚĆ. Czy siostra żyje? Czy może zginęła w powstaniu? I szuka... Całe swoje dorosłe życie poświęca na poszukiwaniu siostry. Nawet kłóci się z córką o zasadność powstania warszawskiego...
Wyjaśnienie losów siostry staje się obsesją Juli.
I tak podróżujemy w czasie: od okresu przedwojennego, przez okres drugiej wojny światowej, powstanie warszawskie, okres PRL-u, czas bezpieki, stan wojenny aż do czasów współczesnych.
Pięknie opowiedziana historia, w której podziwiamy determinację głównej bohaterki, rozważamy z nią wszelkie możliwe sytuacje zaginięcia siostry, odwiedzamy żyjących powstańców.
Historia pewnie jakich wiele, ale opowiedziana przepięknym językiem, w niesamowitym klimacie tajemnic i niedomówień, z napięciem niesłabnącym do ostatniej strony. 
Poddałam się tej opowieści zupełnie. Dałam się wciągnąć w wir wydarzeń. Snułam przypuszczalne losy Hani wraz z przewracanymi kartkami, lecz takiego zakończenia się nie spodziewałam...
Zamknęłam książkę i siedziałam jak sparaliżowana. Myśli puszczone samopas szalały! Łzy stały w oczach, a gula w gardle. Nie tego się spodziewałam...
Polecam.
PS. Kiedy ja chodziłam do szkoły, a było to w czasach... dawnych, to nikt nie zastanawiał się czy powstanie warszawskie było potrzebne czy nie. Autorka świetnie wplotła te rozważania nie dając jednoznacznej odpowiedzi. Mnie poruszyła i urzekła.

środa, 17 sierpnia 2016

Orzeł biały. Marcin Sergiusz Przybyłek [Anna Sukiennik]

TYTUŁ: Orzeł biały
AUTOR: Marcin Sergiusz Przybyłek
WYDAWNICTWO: Rebis
GATUNEK: Fantastyka
EGZEMPLARZ RECENZENCKI

Zdjęcie autorskie Anna Sukiennik


Na Peruna! Tego się nie da czytać! Bo nawracające napady śmiechu oraz targające człowiekiem konwulsje niekontrolowanego rechotu skutecznie uniemożliwiają lekturę.
Mimo ogromnego szacunku, jakim darzę fantastykę a przede wszystkim autorów książek tego gatunku, czytanie fantastyki nigdy nie sprawiało mi przyjemności. Zbyt mało wyobraźni. Taka prawda. Ale Orzeł biały to inna para kaloszy. Autor zaprosił mnie na biesiadę z suto zastawionym stołem doznań, wrażeń i wielkim deserem w postaci genialnego, porywającego poczucia humoru. 

Mamy rok 2057. Od 17 lat gros ludzkości stanowią zielone stwory powstałe w wyniku nieprzewidzianych skutków ubocznych zastosowania N-genu leku, który rzekomo miał zahamować proces starzenia się, zniwelować skutki chorób i generalnie być remedium na wszelkie zło świata. Ale coś "nie pykło". Ludzie zaczęli zmieniać się w stwory gabarytami przypominające orków a wszelkie przejawy ich inteligencji zastąpione zostały przez żądzę mordu i niepohamowaną chuć. Gospodarka została zdewastowana, banki upadły, szkolnictwo upadło. Cytując jednego z zielonoskórych: "Pierdut, pierdut i apokalipsa!". Zero. Null. Kaput. Ale! Jest jeszcze nadzieja dla ludzkości! Bo ostała się, co prawda jedna, ale za to jaka! Twierdza Polska! z dzielnymi wojami batalionu "Orzeł biały". A w jego szeregu nie byle kto: Orzeł, Zdzira, Dziki, Wampir, Kicia i wielu innych odważnych, zdeterminowanych ale i specyficznych wojaków.
Doborowe oddziały piechoty zmotoryzowanej muszą zmierzyć się nie tylko z ochroną granic przed zalewem orkopodobnych stworzeń ale czeka ich misja, której niepowodzenie mogłoby doprowadzić do totalnej katastrofy. Trzeba wziąć pod uwagę także fakt, że zidiociałe zielonoskóre stwory ewoluują. Wzbogacają swój język o nowe wyrazy, konstruują zdania złożone i, o zgrozo, za pomocą drobnej wizualizacji zaczynają odróżniać prawą stronę od lewej i tym samym rozwijają swoje umiejętności strategiczne.
"Do boju dzielni wojacy!" aż chce się krzyknąć pełna piersią "Nie zważajcie na niedogodności podróży, na sfilcowane włosy w miejscach wszelakich! Walczcie o ludzkość!".
Biorąc do reki tę książkę ze stuningowanym Białym Orłem na okładce nie przypuszczałam, że zostanę wciągnięta, bez żadnego uprzedzenia, w tak fantastyczną (we wszelakim tego słowa znaczeniu) historię. Plastyczne opisy, bryzgi krwi, orkowe wyziewy z czeluści ich zmutowanych cielsk, flaki rodzaju wszelakiego - męskiego, żeńskiego i orkowego. Komizm sytuacyjny (opis symulacji lotu i ataku zielonoskórych to majstersztyk). Zwroty akcji. Zmyślne wprowadzanie wątków niezwiązanych z walką, jak chociażby miłosny. Bardzo naturalne, zabawne dialogi, niejednokrotnie ociekające sarkazmem. Wszystkie te elementy tworzą spójną, zgrabną powieść, która, moim skromnym zdaniem, przejdzie do historii. Bo na Rany Swaroga! to było niemal wybitne!=)
Na uwagę zasługuje mnogość bohaterów będąca wynikiem projektu (aż chce się dodać współfinansowanego ze środków unijnych... ale nie! to dzieło li tylko jednej osoby Autora) Pana Przybyłka. Jak twierdzi jedna z bohaterek (Opty;)): autor rzucił hasło "kto chce się znaleźć w książce, niech się wpisuje na stronę jako Żołnierz, Cywil lub Ork. I niech napisze coś o swojej postaci". I dlatego "ludziów tam jak mrówków". Genialny pomysł z równie genialnym rezultatem.
Najwięcej radochy sprawiało mi czytanie o cudownej seledynkowej metamorfozie ludzi w orków. Charakter przeszłego wcielenia idealnie współgrał z aktualnym stanem fizycznym i faktycznym fizjonomii orkowej. Aaaa no i oczywiście "rys historyczny" przegląd z życia współczesnego przedstawiany w stataryczny sposób miodzio ;) A sformułowanie "dobre serduszko" nabiera nowego znaczenia=)
Mimo niebywałego kunsztu i umiejętności oddania dynamiki akcji oraz humorystycznego przedstawienia jej aspektu autor nie był w stanie wyplenić mojej awersji do czytania scen walki.
Brakuje słowniczka nowomowy gdyż w ferworze walki z nowymi akapitami umyka znaczenie neologizmów. Już same rozeznanie się w bohaterach kto jest kim, kto pokazuje cyce, kto po macoszemu traktuje pojęcie "higiena osobista" jest nie lada wyczynem.
Reasumując:

Podobało się?

Tajest!

poniedziałek, 18 lipca 2016

Cześć, co słychać? Magdalena Witkiewicz

TYTUŁ: Cześć, co słychać?
AUTOR: Magdalena Witkiewicz
WYDAWNICTWO: Filia


Zdjęcie autorskie Izabelka


Według mnie ta książka jest skierowana do określonej grupy czytelników. Do kobiet około czterdziestego roku życia. Chociaż, jakby się nad tym głębiej zastanowić... to do mężczyzn także.
Bo nie wiem, czy ja, jako dwudziestoparolatka chciałabym czytać książkę o problemach "kobiety w połowie życia". 
Z autorką i bohaterką tej lektury bardzo dobrze się zrozumiałyśmy, bo jesteśmy w tym samym wieku. I, co zabawne, ja zdmuchując świeczki na urodzinowym torcie powiedziałam, że teraz czeka mnie ta lepsza połowa życia...

Historia czterech przyjaciółek, które, za sprawą Facebooka, spotykają się po latach. Każdej z nich życie ułożyło się inaczej. Bohaterka, Zuzanna, ma dobrego męża, cudowne córki, zajmująca pracę. I po spotkaniu z koleżankami dochodzi do wniosku, że w jej życiu to tylko nuda i codzienna rutyna. I pisze tytułowe "Cześć, co słychać" do swojej wielkiej miłości, Pawła. Gdzie? Oczywiście na Facebooku. I to jedno zdanie jest jak kropla, która przepełnia kielich...

Ja mam zupełnie inne zdanie na temat "motyli w brzuchu" - jak to określa bohaterka. Było, minęło i fajnie powspominać - takie jest moje zdanie w tej kwestii. Zuzki już niekonieczne...
To, co bohaterka określa jako nudę i rutynę, ja odbieram jako stabilizację i spokój. Powtarzalność, którą Zuzanna uznaje jako "dzień świra" - dla mnie jest spokojną codziennością. Mąż mój, ten sam od 17 lat, choć czasami wkurzający i przewidywalny, jest przyjacielem, na którego zawsze mogę liczyć.
I tak Wam powiem na ucho, że czasami lepiej nie wiedzieć jak teraz wygląda nasza "wielka miłość". Uwierzcie mi, można się zdziwić. 
Zacytuję swoją śp. Babcię: " Każdy wiek ma swoje prawa". 
I moim prawem, w tym wieku, jest mieć wspaniałe wspomnienia. I mam. I nie będę szukała szczęścia, tam gdzie go nie ma. A wiecie dlaczego? Bo ja lubię swoje życie z jego lepszymi i gorszymi dniami. Bo nie jestem przecież tą samą dziewczyną,którą byłam w liceum...
Pomyślcie na tym.
Polecam.